Recenzja - Fable
Fable - recenzja
Elum, 11 grudnia 2009
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ wygląd gry, kojarzący się z pięknie ilustrowaną książką
+ atmosfera tajemniczego, wyobcowanego świata
Wady:
- nierówny poziom wykonania
- wymuszone żarty
- beznadziejne intro
Krótko:
Baśniowa, magiczna. Choć jej magia tkwi przede wszystkim w wyglądzie.

Zwyczajny, nieskomplikowany tytuł. A mówi o grze wszystko. Po serii "Tajemniczych Legend o Morderczych Kryształach" fajnie jest czasem zagrać w Fable. Po prostu. Tym bardziej, jeśli nie jest to gra akcji z elementami RPG stworzona kilka lat później przez Petera Molyneux. Autorzy Fable, tej o której mowa, podpisali się logiem Simbiosis Interactive. Jednorazowo. Nazwę trudno skojarzyć z czymkolwiek innym, ponieważ była to jedna z tych firm, które zakłada się na potrzeby jednej jedynej produkcji (podobnie przydarzyło się na przykład pamiętnej Smoking Car Productions). Czasem jest to decyzja z góry zamierzona. Częściej jednak spowodowana niedoborem gotówki. A jak było w przypadku Fable? Gra nie zrobiła oszałamiającej kariery, można więc przypuszczać, że jej autorów nie było dłużej stać na dokładanie do tego interesu. W dodatku rok 1996 to czas kiedy przygodówkom po piętach zaczynał już deptać narastający do końca lat dziewięćdziesiątych kryzys gatunku.

O czym właściwie jest Fable? Głównym bohaterem gry jest młodzieniec o wdzięcznym imieniu Quickthorpe. Trochę jak Guybrush. Z tą różnicą, że Guybrush nigdy nie był łajzą chodzącą w rajtuzach. Quickthorpe'owi wprawdzie zdarza się podczas gry z rozbrajająca szczerością stwierdzić, że głupio się w swoim stroju czuje. Mnie jednak od pierwszej chwili zastanawiało coś innego. Czy tobie, kolego, nie jest przypadkiem zimno?

Quickthorpe'a, wyglądającego jak ofiara losu, zastajemy przed bramą jego rodzinnej wioski, o tej porze roku skutej lodem. Z intra oraz wstępnej rozmowy z przedstawicielem tutejszej starszyzny dowiadujemy się o strzeżonych przez cztery bestie czterech magicznych klejnotach posiadających niezwykłą moc, które nasz heros-ochotnik będzie musiał odnaleźć w obrębie czterech krain, na które w zamierzchłych czasach podzielony został świat Balkhane. Ochotnik to naturalnie pojęcie względne (podobnie jak heros). Quickthorpe'a postawiono przed faktem dokonanym. Został wybrany na przymusowego ochotnika, ponieważ najprawdopodobniej wszystkim innym udało się z udziału w niebezpiecznej misji wymigać.

O tym, że misja jest niebezpieczna po raz pierwszy można przekonać się już po kilku minutach gry. Jeden z dwóch mostków pozwalających wydostać się z wioski Balkhane ma spróchniałe deski. Nieuważny krok i... Quickthorpe ginie wpadając w nurt lodowatej rzeki. Co dalej? I to jest właśnie ciekawe, bo dalej... nie dzieje się nic. Dosłownie. Pomijam fakt, że cała sytuacja jest dość, jak na przygodówkę, niespodziewana. Pomijam nawet brak jakiejkolwiek reakcji ze strony stojącej dwa metry obok, po drugiej stronie mostku, postaci. Największą niespodzianką jest bowiem w tym momencie brak jakiejkolwiek reakcji ze strony gry! Mówiąc inaczej, nasz bohater nie żyje, ale my wciąż pozostajemy w lokacji. Możemy pomachać sobie kursorem po ekranie, a nawet otworzyć okno inwentarza. Ha! Gdyby Fable była lekturą obowiązkową lub arcydziełem kinematografii pewnie należałoby w tym, oczywiście zamierzonym działaniu twórców, doszukiwać się głębszego sensu. Tłumacząc na przykład, że śmierć jednego człowieka tak naprawdę nic nie zmienia... Na szczęście Fable żadnym arcydziełem nie jest. Można więc z czystym sumieniem zrzucić odpowiedzialność za tego rodzaju błędy w grze na testerów. Nie tylko ten jeden raz zresztą miałem wrażenie, że twórcy niepotrzebnie pospieszyli się z premierą. Syndrom niedopracowania rzuca się wyraźnie w oczy w drugiej połowie gry, która nawet graficznie odstaje od początkowych scen. Tak jakby autorom skończyły się pomysły na ciekawe lokacje.

Równy poziom od początku do końca trzymają jedynie dialogi. To znaczy, przez całą grę są równie bezbarwne. Może nie czepiałbym się ich aż tak bardzo, gdyby nie wymuszone i nierzadko irytujące żarty Quickthorpe'a. Fajny jest jedynie narrator, który zyskał moją sympatię również dzięki bardzo sensownie dobranemu głosowi. W pamięci zapadła mi szczególnie scena, gdy swoim śmiertelnie poważnym głosem pozwolił sobie skomentować pewną banalną czynność bohatera - "tak oto Quickthorpe stał się dumnym posiadaczem drewnianego kijka".

Fable jest trochę jak interaktywna, a przy tym pięknie ilustrowana książka, co moim zdaniem jest jej największą zaletą. Oprócz wspomnianego narratora, jest też odpowiednio dobrana czcionka oraz stylowe okienka zbliżeń pojawiające się podczas rozmów lub eksploracji otoczenia (które, nawiasem mówiąc, również należy dokładnie egzaminować). Okno inwentarza z kolei wygląda i zachowuje się jak typowe okno przeciętnego okienkowego systemu operacyjnego. Można je powiększać, zmniejszać, rozszerzać, dowolnie przemieszczać na ekranie, a nawet pozostawić otwarte podczas całej gry. Ten patent jakoś nie zyskał popularności wśród graczy i twórców przygodówek, ale w czasach gdy rynek szturmował Windows 95 chyba dodawał grze nowoczesności.

Same lokacje wyglądają po prostu fenomenalnie. Zwłaszcza w pierwszej połowie (jak już wspomniałem wcześniej, potem robi się nieco słabiej). Gra śmiga w rozdzielczości 640x480, która w 1996 roku była już standardem. Do ideału brakuje tu tylko efektu przewracania kartek, podczas przechodzenia z lokacji do lokacji. No ale oczywiście realizacja takiego pomysłu byłaby czystym szaleństwem, bo żeby wyglądało to naprawdę dobrze, wszystko musiałoby być animowane tradycyjnymi technikami. Słabo w zestawieniu z lokacjami wypadają niektóre niedopasowane animacje otoczenia. Na przykład wody, wprawionej w ruch przy pomocy kilku tanich efektów graficznych. Kompletnym nieporozumieniem są natomiast wstawione w grę nieliczne sceny prerenderowane (przede wszystkim intro i outro) przygotowane zapewne przy pomocy 3D Studio Max. Mieszanie ręcznie rysowanej grafiki 2D z komputerowym 3D rzadko się udaje. Niestety w przypadku Fable nie udało się nawet odrobinę.

Co ciekawe, zakończenie Fable nie spodobało się graczom i recenzentom do tego stopnia, że w późniejszej (wydanej przez Sir-Tech) wersji gry zostało... zastąpione zupełnie nowym! Nie chodziło tu jednak o kwestie techniczne, a o samą treść. Oryginalnie gra kończyła się sceną, z której dowiadywaliśmy się, że cała przygoda Quickthorpe'a była w rzeczywistości majakami siedzącego w celi psychopaty. Czy słusznie z niej zrezygnowano, zastępując wariantem bardziej familijnym? Kwestia gustu. Zaryzykuję stwierdzenie, że oryginalne outro o wiele sensowniej tłumaczy luki w fabule i żarty zupełnie nie pasujące do świata gry (chociażby nawiązanie do Czarnobyla w jednej z pierwszych scen).

Komu polecić Fable? Na pewno graczom, którzy nie boją się mniej popularnych, tych nieco zapomnianych i przykurzonych przygodówek z lat dziewięćdziesiątych. Młodszych z pewnością ucieszy, że gra nie straszy ogromnymi pikselami i współpracuje bezbłędnie nawet z najnowszymi Windowsami (trzeba jedynie, po instalacji, ręcznie uzupełnić w rejestrze lokalizację folderu z grą). Fani przygodówek w stylu Curse of Enchantia, czy Simon the Sorcerer poczują się jak w domu. Fable nie jest może grą tak przebojową, ale jej świat miejscami do złudzenia przypomina fantazyjną Enchantię, czy lokacje odwiedzane przez Simona. Curse of Enchantia z Fable łączy zresztą również specyficzna logika niektórych zagadek. Cóż, szkoda, że twórcom nie udało się w pełni wykorzystać pomysłu na przygodę Quickthorpe'a. Mimo wszystko, w porównaniu z coponiektórymi bohaterami przygodówek, nie był taki najgorszy.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.