Recenzja - Runaway 3: Przewrotny Los
Runaway 3: Przewrotny Los - recenzja
Elum, 26 maja 2013
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ ładnie komponuje się z dwiema wcześniejszymi odsłonami serii
+ sporo dodatkowych animacji postaci
+ pauza w dowolnym momencie
Wady:
- dialogi
- nieciekawe postacie (jak to w Runaway'ach)
- nieśmieszne, wymuszone żarty
Krótko:
Finał sztandarowej serii Pendulo Studios. Tym razem z mniejszym udziałem Briana Basco.

Pendulo Studios to niewątpliwie ewenement. Jest to jedyna firma założona w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, która funkcjonuje nieprzerwanie do dnia dzisiejszego tworząc właściwie wyłącznie klasyczne przygodówki (nie licząc ubiegłorocznego eksperymentu pt. Hidden Runaway). Ktoś mógłby zapytać - a co z Revolution Software, nieco starszą branżową konkurencją podobnie wyspecjalizowaną? Problem w tym, że Revolution dała się "złamać" dużo wcześniej. W trudnych czasach odwrotu od klasycznych rozwiązań (nieprzyjemne okolice roku 2000) przez pewien czas próbowała ratować się hybrydami z przewagą elementów zręcznościowych (zapomniana już dzisiaj In Cold Blood, anulowana Good Cop Bad Cop). Tymczasem Pendulo, nie zważając na to co dzieje się wokół, trochę jakby na przekór zdrowemu rozsądkowi, pozostawała wierna klasycznym przygodówkom nawet wtedy, gdy Charles Cecil uparcie wmawiał graczom, że "przestarzały" interfejs point & click i "archaiczna", statyczna grafika 2D (bądź 2,5D) już nie wrócą.

W latach gdy gatunek przeżywał swój największy kryzys pierwsza część Runaway trafiła w samą dziesiątkę. Głodni, spragnieni nowości gracze przyjęli nowocześnie wyglądającą przygodówkę z otwartymi ramionami i bez mrugnięcia wybaczyli jej wszelkie niedoskonałości (niezbyt porywający scenariusz, nieciekawe postacie i parę innych). W przypadku Runaway 2, która miała swoją premierę kilka lat później, konkurencja była trochę mocniejsza, ale ponieważ gra okazała się nieznacznie lepsza od pierwowzoru, również udało jej się wybić na tle ówczesnych nowości. A jak poradziła sobie trzecia część serii?

Ten w mroku to chyba nie Brian Basco. Prawdziwy Basco nie miał w zwyczaju molestować żurawi.

Część trzecia zaczyna się dość gwałtownie, bo od pogrzebu głównego bohatera. Brian Basco nie żyje (nie ma żartów, taki tytuł nosi nawet pierwszy z sześciu rozdziałów gry), a gracz skazany zostaje na towarzystwo Giny Timmins - głównej postaci kobiecej, z którą od początku wiązały się wszystkie kłopoty "zmarłego". Przy czym scena pogrzebu to nie jedyne na wstępie zaskoczenie. Kolejna niespodzianka to sposób w jaki autorzy serii zdecydowali się powiązać zamykającą trylogię grę z jej poprzedniczką. Runaway 2 kończy się bezwzględnym "cliffhangerem" sugerującym bardzo bezpośrednią kontynuację. Tymczasem trzecia część zdaje się o tym nie pamiętać. Przynajmniej na początku. Być może twórcy uznali, że rozpoczynanie gry dokładnie w miejscu, w którym kończyła się część druga, mogłoby być zbyt niejasne dla nowych graczy. Może i słusznie.

Próba powiązania nowej opowieści z wcześniejszymi wydarzeniami następuje później. Jest nieco karkołomnie, ale w sumie logicznie. Pojawiają się nawiązania nie tylko do części drugiej, ale też do pierwszej. Co ważne, choć wspomnienia i retrospekcje ilustruje sporo oryginalnych scen z poprzednich gier, absolutnie nie odstają one jakością od oprawy graficznej części trzeciej. Konsekwencja to jedna z cech, które najbardziej lubię w Runaway. Zarówno oprawa audiowizualna, jak i charakter serii nie zmieniały się tak drastycznie jak w przypadku np. konkurencyjnych Broken Swordów. Choć pierwszą część Runaway od trzeciej dzieli praktycznie dekada to można odnieść wrażenie, że powstawały w odstępie miesięcy. Zupełnie jak przygodówki wydawane w systemie "epizodów/odcinków".

Podoba mi się również animacja. Najbardziej to, że prowadzone postacie oprócz bezwzględnie obowiązkowego w każdej przygodówce trzecioosobowej spacerowania, potrafią wykonywać całkiem sporo dodatkowych akrobacji. Praktycznie każda ważna czynność ilustrowana jest odpowiednią scenką. Wprawdzie wolałbym żeby tych scenek było jeszcze więcej (zamiast kompletnie niepotrzebnych, animowanych modeli przedmiotów w oknie inwentarza), ale to już może trochę czepianie się na siłę. Dużo większy problem mam, niezmiennie od pierwszej części, z twarzami prowadzonych bohaterów (które trzeba niestety oglądać nawet w oknie inwentarza). Podobnie jak gęba Guybrusha z Tales of Monkey Island (tj. od Telltale Games), tępe spojrzenie Giny Timmins działa mi na nerwy.

Nie ma szału w temacie dialogów i zagadek. Rozmowy są schematyczne, komentarze bohaterów na dłuższą metę nużą, większość żartów nie śmieszy. Może jest to do pewnego stopnia wina polskiego tłumaczenia, które chwilami (zwłaszcza w ostatnich rozdziałach) jest niedbałe, nie pozbawione błędów i nieścisłości. Jest zauważalnie słabiej niż w przypadku Runaway 2 (którą, jeśli mnie pamięć nie myli, przełożył na język polski Piotr W. Cholewa). Zadania stawiane przez graczem polegają przede wszystkim na odpowiednim wykorzystywaniu znalezionych po drodze przedmiotów. Czasem będzie to jakiś drobiazg, innym razem kawał gruzu z wystającymi prętami zbrojeniowymi. Kieszeń przeciętnego bohatera gry przygodowej jest, jak wiadomo, nadzwyczaj pojemna.

Zamroczona Gina Timmins spogląda przed siebie na swoją ulubioną klapę w podłodze.

Próbowałem na różne sposoby. Rano, wieczorem, po obiedzie, na czczo. Niestety nic na to nie poradzę, że trzecia część Runaway spłynęła po mnie jak po kaczce. Szczerze mówiąc, przespacerowałem grę bardziej z poczucia obowiązku niż dla przyjemności. Byłem jedynie ciekawy jak to wszystko się skończy. Dlatego nie przeszkadza mi w ogóle fakt, że gra jest stosunkowo krótka. Na szczęście tym razem zakończenie jest bardziej satysfakcjonujące (żadnych ciągów dalszych nastąpiwszych). Rewelacyjnie, że twórcy nie wpadli na pomysł aby jeszcze dłużej ten bajzel ciągnąć. Przez czwartą grę z Giną Timmins już chyba nie dałbym rady przebrnąć.

PS. Gra ma u mnie sporego plusa za bardzo wygodną opcję pauzy - w dowolnym momencie, nawet w trakcie cutscenek (na wzór wszystkich przygodówek LucasArts do The Curse of Monkey Island włącznie).

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.