Recenzja - Black Mirror II
Black Mirror II - recenzja
Elum, 3 kwietnia 2011
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ staranne, estetyczne lokacje
+ zgrabne nawiązania do pierwowzoru
+ po instalacji nie wymaga płyty w napędzie (podobnie jak część pierwsza)
Wady:
- Darren
- Angelina
- naciągany do granic wytrzymałości ostatni rozdział
Krótko:
Solidny (bo niemiecki) sequel lubianej czeskiej przygodówki. Szkoda, że trochę zbyt bezbarwny i bezpłciowy, aby można dostrzec w nim coś więcej ponad szeregową "jednorazówkę".

Lubię pierwszą część Black Mirror. Może nie na tyle, żeby wytatuować sobie inicjały głównego bohatera na lewym udzie, ale jednak czuję do czeskiej gry pewien sentyment. Chyba najbardziej dlatego, że miała swój symboliczny wkład w popularyzację gatunku po 2000 roku. To jedna z pierwszych popularnych przygodówek tzw. "nowej fali". Choć daleka od ideału, w momencie premiery trudno było nie zwrócić na nią uwagi.

Black Mirror II w tej sytuacji była właściwie kwestią czasu. Takie są zasady. Kontynuacje popularnych gier prędzej czy później muszą powstać. Nawet jeśli nie ma to większego sensu. Co ciekawe, tym razem ciągu dalszego nie podjęli się twórcy, lecz ekipa wcześniej z Black Mirror nie związana - Cranberry Production (podległa firmie dtp entertainment, która wykupiła od Future Games prawa do tytułu). Dla przypomnienia - "Żurawinka" znana jest między innymi z dość chłodno przyjętej przygodówki Hala Barwooda i Noaha Falsteina pt. Mata Hari.

Wydaje mi się, że tytuł gry może być trochę mylący. Sugeruje, że bez znajomości pierwszej części Black Mirror trudniej będzie zrozumieć zawiłości fabuły. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Bardziej zdezorientowani na początku mogą poczuć się gracze, którzy mają jeszcze w pamięci oryginalną historię Samuela Gordona. Black Mirror II wprowadza bowiem zupełnie nowe wątki, a przede wszystkim nowego głównego bohatera. Jest nim młody Amerykanin Darren Michaels, świeżo upieczony student, pracujący podczas przerwy wakacyjnej w niewielkim punkcie fotograficznym w malowniczym Biddeford na północno-wschodnim wybrzeżu USA, gdzie niedawno przeprowadziła się jego mama. Oprócz Darrena w pierwszym rozdziale gry poznajemy jeszcze m.in. wrednego szefa (właściciela zakładu fotograficznego) oraz przypadkowo spotkaną Angelinę, w której młodzieniec zakochuje się od pierwszego wejrzenia.

Black Mirror II zaczyna się spokojnie, bez trzęsienia Ziemi i wybuchających wulkanów. Fakt, że gra nie jest klasyczną kontynuacją, tylko nową opowieścią osadzoną w tym samym świecie, jak najbardziej do mnie przemawia. To zresztą było chyba jedyne wyjście. Pierwsza część Black Mirror nie zostawiła zbyt wielkiego pola manewru dla potencjalnego sequela lub prequela. Trzeba było kombinować inaczej. Zaczynamy więc od zwiedzania zakamarków miasteczka Biddeford, miejsc kompletnie nie związanych z Black Mirror. Stopniowo wprowadzani jesteśmy w lokalne intrygi, problemy mieszkańców. Brzmi ciekawie.

Byłoby jeszcze ciekawiej... z innym głównym bohaterem. Młody, wyluzowany, zbuntowany Darren Michaels jest prawie jak agenci Kay i Jay z filmu "Faceci w Czerni" - zapomina się o nim w kilka sekund po odejściu od komputera. Nawet jego głos brzmi przeciętnie. Podejrzewam, że twórcy Black Mirror II nie mieli pomysłu na bohatera swojej gry, pozbierali więc cechy bohaterów/bohaterek innych klasycznych przygodówek, tych najbardziej lubianych przez casualowego odbiorcę. Twórcy reklam też tak chyba robią.

Nie czepiałbym się tak bardzo Darrena, gdyby Black Mirror była serią pierwszoosobową, które jak wiadomo rządzą się nieco innymi prawami. W przygodówkach trzecioosobowych jesteśmy zwykle skazani na komentarze spacerującego po ekranie bohatera przez cały czas. W Black Mirror II dialogi ogólnie nie są złe, przy czym na to co ma do powiedzenia Darren z biegiem czasu przestawałem zwracać uwagę, coraz mniej mnie to interesowało.

Mam też wrażenie, że gra słabo radzi sobie z budowaniem odpowiedniego nastroju. Mocno przeszkadza to w ostatnim rozdziale, który powinien chyba trzymać w napięciu. Przy czym największa pomyłka Black Mirror II to kiczowato przedstawione relacje pomiędzy Darrenem i Angeliną. Scena, w której bohater robi zdjęcia swojej muzie w pokoju hotelowym jest wręcz żenująca. Nawet jak na grę komputerową.

Z zagadkami jest na szczęście lepiej. Analogicznie jak w części pierwszej znajdziemy trochę zadań ekwipunkowych, są sympatyczne układanki i inne łamigłówki. Interfejs również nie przeszedł większych rewolucji. W menu opcji można sobie nawet zmienić wygląd kursora, żeby wyglądał identycznie jak w czasach Samuela Gordona. Podobnie z ekranu znikają również gorące punkty, które zostaną już kliknięte (wyklikane, doklikane) i nie są dłużej potrzebne.

Oprawa audiowizualna, podobnie jak zagadki, prezentuje solidny (bo niemiecki) poziom. Muzyka nie irytuje. Po prostu jest, bo raczej nie ma innego wyjścia. Grafika nie odstaje od dzisiejszych standardów. Lokacje są szczegółowe, a elementy takie jak woda i chmury animowane. Cieszy, że główny bohater, poza chodzeniem i staniem na baczność, potrafi wykonywać również inne ruchy. Z drugiej strony szkoda, że na dodatkowe animacje w lokacjach (nawet zwyczajne otwieranie drzwi) twórcom zabrakło już czasu. Biednie prezentują się też złożone ze statycznych ujęć filmy przerywnikowe, pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Przygotowane na siłę, bez pomysłu.

Dla uatrakcyjnienia zabawy twórcy zainstalowali w grze trochę bonusów dostępnych z poziomu głównego menu (m.in. grafiki koncepcyjne). Dodali też dziennik, w którym Darren automatycznie zapisuje swoje spostrzeżenia i planuje kolejne zadania. Black Mirror II posiada więc z grubsza wszystkie atrybuty przyzwoitej klasycznej przygodówki. A czy dorównuje swojej poprzedniczce? Moim zdaniem nie daje rady. Twórcy pierwszego Black Mirror mieli pomysł. Tutaj tego pomysłu brakuje. W gruncie rzeczy wszystko to, co w grze Cranberry Production jest najfajniejsze, to kopia tego co zaserwowali kilka lat wcześniej Czesi. Wszystko co nowe, w tym nowi bohaterowie, nie do końca się sprawdzają.

Innymi słowy, Black Mirror II nie jest typem gry, do której chciałoby się wracać. Co jednak wcale mnie nie zaskakuje. Byłbym naiwny mając nadzieję, że przeciętna firma, znana do tej pory z produkcji przeciętnych gier, będzie nagle w stanie stworzyć przygodówkę wybitną. Krótko mówiąc, trzymam kciuki za kolejne sukcesy "Żurawinki", ale na cuda nie liczę.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.