Recenzja - CSI: Kryminalne Zagadki Nowego Jorku
CSI: Kryminalne Zagadki Nowego Jorku - recenzja
Virgo, 11 marca 2011
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ mimo wszystko to CSI
+ kilka interesujących zagadek
Wady:
- brak ostatniego epizodu
- sprzedawanie gry w dwóch, różniących się wersjach
- bardzo dziwny system oceniania
- kilka nietrafionych zagadek
- kiepska animacja postaci
Krótko:
Interesująca rewolucja w skostniałej nieco serii, która jednak skończyła jak większość rewolucji - marnie. Idealnie pasuje do opisu 1,5 gwiazdki na Przygodoskopie.

Kolejna gra z serii i nowe miasto - żegnaj Las Vegas, witaj Nowy Yorku. Gdyby zmiany, jakie przychodzą wraz z tą produkcją, ograniczyły się do tego, otrzymalibyśmy następnego przeciętniaka, dającego kilkanaście godzin zabawy głównie fanom serialu. A tak mamy małą rewolucję oraz wyjątkowy prezent od Ubisoftu. Czyli nie pozostaje nic innego jak się cieszyć. Tylko czy aby na pewno?

Zaczyna się dobrze. Zespół z Legacy Interactive zrezygnował z, coraz bardziej bzdurnego, oddawania w ręce gracza kolejnego świeżaka po akademii policyjnej. Tym razem kierujemy dwójką bohaterów znanych z serialu - detektywami Mac'iem Taylorem oraz Stellą Bonaserą. Prócz nich w grze pojawiają się wszyscy śledczy znani z piątego sezonu. Jak zwykle sprawy, jakie graczowi przyjdzie rozwiązać, nie były nigdy podstawą scenariusza telewizyjnego, zostały napisane specjalnie na potrzeby gry. Widać jednak, że pracowały nad nimi różne ekipy - pierwsze dwie są stosunkowo proste, szybko można domyślić się tożsamości zabójcy i pozostaje nam tylko udowodnić winę. Co innego pozostałe dwie - tutaj autorzy postarali się o urozmaicenie śledztwa poprzez wprowadzenie nagłych zwrotów akcji, czy brak pewności co do tożsamości zabójcy. Daje nam to jednak tylko cztery epizody, co z zapowiedzianym piątym?

Cóż, to właśnie wspomniany we wstępie wyjątkowy i niepowtarzalny prezent. Ubisoft, chcąc koniecznie wypuścić grę w okresie przedświątecznym, wydał ją bez niego. Obecnie można go ściągnąć jako bezpłatny patch ze strony producenta, jednak z powyższej oferty mogą skorzystać jedynie posiadacze pudełkowego wydania gry. Ci, którzy nabędą CSI: NY za pośrednictwem serwisu Big Fish Games, muszą obejść się ze smakiem. Jak i zrezygnować z wysokiej jakości filmików oraz głosów postaci (te pojawią się jedynie w przerywnikach). Niższą rozdzielczość filmików jestem w stanie zrozumieć, brak głosów - nie (aż tyle zapewne nie zajmowały). Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że osoby, nabywające legalnie grę w dystrybucji internetowej (przypomnę - za 10 dolarów), zostały nabite w butelkę.

Wracając do sprawy dwóch ekip. Moje podejrzenia wynikają również z różnic, jakie pojawiają się w czasie przesłuchań. Te opierają się na dwóch paskach - postępu oraz wiarygodności. Zadaniem gracza jest wypełnienie tego pierwszego bez strat w drugim (jeśli wskaźnik zaufania spadnie do zera, całe przesłuchanie zaczyna się od nowa). To może nastąpić, jeśli pokażemy świadkowi zdjęcie z miejsca zbrodni lub coś równie niemiłego. Pasek postępu uzupełniamy zaś poprzez zadawanie pytań (w postaci podświetlonych fragmentów wypowiedzi świadka) oraz okazywanie zdobytych w czasie śledztwa dowodów (czasami trzeba wskazać konkretny fragment dowodu, np. zdjęcie czy symbol). I tutaj właśnie pojawiają się różnice. W czasie dwóch pierwszych spraw otrzymamy najwyższą notę wyłącznie pokazując przedmioty potrzebne, by zapełnić pasek postępu. Z kolei w pozostałych, aby osiągnąć ten sam cel, musimy świadkowi zaprezentować wszystkie zgromadzone przedmioty. Odniosłem też wrażenie, że w tych dochodzeniach nie sposób stracić zaufania świadka, bez względu na to jak bardzo krwawe, czy kontrowersyjne dowody mu się zaprezentuje.

Oczywiście, zanim będziemy mogli to zrobić, musimy je zebrać. I tak dochodzimy do największej rewolucji. CSI: NY nie jest klasyczną przygodówką, a grą typu HOG (Hidden Object Game). W dodatku dość nietypową - wkraczając do nowego miejsca, nie wiemy tak naprawdę, czego szukamy. Wynika to z faktu, że obraz poszukiwanych przez nas obiektów w danej lokacji pojawia się stopniowo - najpierw jest to biały kawałek papieru, na którym wraz z upływem czasu pojawiają się zamazane kontury, a dopiero po jakimś czasie - poszukiwane przedmioty w pełnej krasie. Owszem, leżące na podłodze zwłoki dają jakiś punkt zaczepienia, ale te, na ogół, pojawiają się jedynie na początku. Innym sposobem rozpoczęcia jest skorzystanie z podpowiedzi (która następnie powoli się odnawia przed ponownym użyciem), jednak obniża to ogólną punktację. Szczęśliwie zawsze w lokacji znajdzie się jakieś bardziej czasochłonne zadanie. Mówię tutaj głównie o łamigłówkach, prezentujących w CSI: NY skrajnie różny poziom (chociaż z przewagą tych dobrych).

Wśród zagadek przygotowanych dla graczy znalazło się wyszukiwane różnic pomiędzy dwoma obrazkami, łączenie w pary elementów celem odszukania jednego niepasującego, czy wyszukiwanie nieprawidłowości na badanym obiekcie. Reszta jednak jest mniej lub bardziej innowacyjna. Mamy, więc kwadrat magiczny, kilka dość prostych szyfrów i puzzli, mechanizm oparty na kołach zębatych, które należy umieścić w odpowiedniej kolejności lub wiadomości, w których z każdego słowa należy usunąć trzy niepotrzebne litery. Do ciekawych zagadek z pewnością można zaliczyć zadania polegające na ustaleniu pozycji strzelca w czasie morderstwa (ustawiając jego pozycję oraz sposób trzymania broni), miejsca morderstwa (dopasowanie widoku z trzech różnych kamer do tego, który widać w tle filmu) czy piętra, z którego wypadła ofiara. Innym interesującym typem zagadki jest poszukiwanie obiektów... w tekście. Dwa razy w czasie gry otrzymujemy strony internetowe oraz zestaw obrazków przedstawiających słowa, które musimy wyszukać w ich treści.

Jak to jednak bywa, niektóre zagadki są kompletnie nietrafione. Co ciekawe, zarzut ten dotyczy głównie tego, czym zajmujemy się w siedzibie CSI. Badanie DNA, czy próbek chemicznych polega na wyłapywaniu pęsetą cząstek, które następnie trzeba umieścić w stosownej przegródce. Pobieranie próbek z miejsca zbrodni wymaga, by przeciągnąć kursorem myszy przez cały obwód śladu (np krwi), trzymając jednocześnie przycisk myszy. Wyjście poza obwód albo puszczenie przycisku automatycznie powoduje niepowodzenie. Podobnie dziwny system zastosowano podczas pobierania odcisków palców - po odkryciu (przy pomocy pyłu daktyloskopijnego) miejsca pozostawienia odcisku musimy szybko użyć taśmy. Jeśli nie zrobimy tego przed zniknięciem śladu, akcja zakończy się niepowodzeniem. Największą jednak bzdurą jest szukanie połączeń. Po dwóch stronach ekranu otrzymujemy kilka logotypów i musimy znaleźć powiązanie pomiędzy dwoma z nich. Gdy już je znajdziemy, musimy poprowadzić kreskę pomiędzy dwoma właściwymi. Wyjście poza ustalony przez twórców obszar roboczy, puszczenie przycisku myszy czy zaznaczenie niewłaściwej odpowiedzi (do tego wystarczy czasem zbyt blisko poprowadzona linia) skutkuje błędem. Nie dziwi, więc że uzyskanie najwyższej noty jest niezwykle trudne.

No właśnie - noty. O co chodzi? Podobnie jak w poprzednich grach cyklu, nasza praca jest oceniana. Pod uwagę bierze się wyszukiwanie przedmiotów w lokacjach, rozwiązywanie zagadek w terenie, praca w laboratorium oraz przesłuchanie. W zależności od tego jak sobie poradzimy, możemy otrzymać gwiazdkę złotą, srebrną, brązową dużą lub małą (otrzymaną, gdy rozwiążemy zagadkę po kilku nieudanych próbach). Już pisałem, jak dziwnie przydzielane są punkty przy przesłuchaniach, ale i tak nie przebije to punktacji za laboratorium. Nie przypominam sobie bym, chociaż raz otrzymał ocenę inną niż najniższą, nawet jeśli bezbłędnie wyłapywałem cząsteczki, ustawiałem mikroskop czy układałem odcisk palca bez zbędnych ruchów (wybierając trzy z dziewięciu dostępnych fragmentów). Nie wiem, czym kierowali się autorzy przy ustalaniu kryteriów, ale z pewnością się to nie sprawdziło. A po prawdzie, walka o uzyskanie złotych gwiazdek nie ma znaczenia, autorzy bowiem nie pomyśleli o nagrodzeniu gracza za osiągnięcie wysokiego wyniku i nie umieścili w grze materiałów bonusowych.

Przejdźmy do aspektów technicznych. Jak widać po screenach, Legacy Interactive zdecydowało się na stworzenie gry dwuwymiarowej, z nieco komiksową i nie pozbawioną uroku grafiką. Bohaterowie zostali wiernie przeniesieni na ekran i nie ma najmniejszego problemu z ich rozpoznaniem (co było bolączką wcześniejszych gier). O ile statyczne obrazki robią wrażenie swoim dopracowaniem i dbałością o szczegóły, tak animacje wołają o pomstę do nieba. Już nawet pal licho, że filmiki są w niskiej rozdzielczości, chociaż przyznaję, że przy przerywnikach ilustrujących przeskok między lokacjami długi czas nie wiedziałem, czy dlatego są tak brzydkie, bo ktoś nagrał je kiepską kamerą, za mocno skompresował albo też nałożył bardzo złe filtry na budynki (najpewniej wszystkie trzy odpowiedzi są prawdziwe). Chodzi o animacje postaci w tych filmach. Naprawdę, przemieszczanie się postaci przypominało mi ruch bohaterów w teatrzykach cieni, zaś to, co przy okazji działo się z ludzkimi stawami sprawiło, że nie wierzyłem własnym oczom. W dzisiejszych czasach takie rzeczy są dopuszczalne w niskobudżetowych produkcjach amatorskich, a nie w produkcji jednego z gigantów rynku komputerowego. Wstyd. Podobnie rzecz wygląda z intrem - zaczyna się klimatycznie, niczym początek kolejnego odcinka z przedstawieniem aktorów i informacja, w jakiej roli występują. I jest dobrze do momentu pojawienia się drugiej bohaterki, czyli detektyw Bonasery, która, oprócz tego, że wygląda, jakby cierpiała na ostry syndrom dnia poprzedniego, zupełnie nie przypomina postaci z serialu. Zresztą twórcy intra mieli chyba problem z postaciami kobiecymi, detektyw Monroe również została zastąpiona przez bliżej niezidentyfikowaną kobietę. Co gorsza, intro oglądamy nie tylko przy odpaleniu gry, ale też na początku każdego epizodu. Na szczęście można je wyłączyć kliknięciem myszki.

O stronie dźwiękowej wiele powiedzieć nie mogę. Głosy postaci w mojej wersji gry pojawiły się jedynie w filmikach, a na podstawie tej próbki ciężko wyciągnąć wnioski. Chociaż to, co usłyszałem, brzmiało dość dobrze, czego nie można powiedzieć o muzyce. Poza animacjami przygrywa nam jeden motyw muzyczny, niewyróżniający się z tła i od czasu do czasu przerywany dźwiękami towarzyszącymi rozwiązaniu zagadki lub znalezienia kolejnego przedmiotu z listy. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to jest on doskonale przezroczysty - gdzieś w pamięci tłuką mi się pojedyncze fragmenty, podczas gdy wspomniane dźwięki towarzyszące prowadzeniu sprawy pamiętam doskonale.

Kończąc tę recenzję, nie pozostaje mi nic poza wyrażeniem żalu. Nowy York z pewnością nie jest dziełem wybitnym i zapewne bez problemu można by wskazać wiele innych, lepszych produkcji. Posiada jednak swoisty urok, który potrafił przyciągnąć mnie do ekranu i dać odrobinę dobrej zabawy. Niestety kiepskie wykonanie oraz dziwna polityka Ubisoftu nie pozwalają mi dać grze więcej niż 1,5 gwiazdki. Szczęśliwi posiadacze pudełkowego wydania mogą dorzucić pół za dodatkowy epizod oraz drugie pół za głosy postaci i wyższą rozdzielczość animacji. Pozostaje pytanie, czy w naszym kraju znajdzie się ktoś taki?

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.