Recenzja - Kaptain Brawe: A Brawe New World
Kaptain Brawe: A Brawe New World - recenzja
Virgo, 24 listopada 2010
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ klimat Małpiej Wyspy (do pewnego momentu)
+ grafika
+ dialogi
Wady:
- mogące się pojawić od czasu do czasu błędy uniemożliwiające dalszą grę
- wyraźny podział gry na dwie niezbyt przystające do siebie części
- brak głosów postaci
Krótko:
Klasyczna przygodówka będąca hołdem dla produkcji LucasArts. Kolorowa, zabawna i gdyby nie kilka niedociągnięć z pewnością byłaby wartą uwagi produkcją. Trochę szkoda, że nie popracowano nad nią jeszcze kilka miesięcy.

Nie od dzisiaj wiadomym jest, że zainteresowanie przejawiane przez Eluma jakąkolwiek nowo powstającą przygodówką amatorską, oznacza dla niej pocałunek śmierci. Na czterdzieści gier opisanych w "Zróbmy sobie przygodówkę", światło dziennie ujrzały do tej pory jedynie trzy projekty. A czwarty z nich, który został opisany jeszcze w pierwszej edycji z 2006 roku - Kaptain Brawe, dopiero teraz trafił do dystrybucji cyfrowej. I to dopiero po przejęciu projektu przez chorwackie studio Cateia Games, znane w Polsce z The Legend of the Crystal Valley.

Rok 1812. James Watt konstruuje pierwszy na świecie silnik jonowy, doprowadzając do rewolucji przemysłowej. 70 lat później ludzkość zasiedliła większość planet, a jej okręty docierają do najdalszych krańców galaktyki. Wśród przemierzających przestrzeń kosmiczną statków znajduje się także Mazslow, dowodzony przez nieustraszonego (i nierozgarniętego) kapitana Brawe'a (prawdziwe nazwisko - Brawurskijs). Wiecznie poszukujący okazji do wykazania się odwagą (czy raczej odvagą) i umiejętnością strzelania z pistoletu jonowego, a przy tym przejawiając zero poszanowania dla regulaminów i procedur, jest utrapieniem nie tylko dla swojego astro-nawigatora, ale także dla przełożonych. Bohatera poznajemy w momencie, gdy jego statek odbiera sygnał S.O.S nadany z sąsiedniej planety. Z pozoru prosta misja ratunkowa szybko okaże się bardziej skomplikowana, niż można by się tego spodziewać, i doprowadzi bohaterów na skraj galaktycznej wojny. Zgadza się. Bohaterów. Oprócz kapitana Brawe'a, w czasie gry pokierujemy także przedstawicielką galaktycznej policji Lulą oraz Dannym - kosmicznym piratem.

Zanim jednak gra odda w nasze ręce przynajmniej jednego bohatera, musimy zdecydować, w jakim trybie chcemy zagrać. Możemy zdecydować się na jeden z dwóch - hardcore i casual. Pierwszy czyni z Kapitana Odvagi klasyczną przygodówkę z dwoma gadżetami, które omówię za moment. Drugi skierowany jest do osób, które tylko od czasu do czasu sięgają po gry i serwuje im znaczne ułatwienia. Osobie decydującej się na tryb casual, praktycznie rzecz biorąc, odpada konieczność zastanawiania się co robić z przedmiotami. Gra automatycznie dobiera z menu możliwych czynności odpowiednią w danej chwili komendę, a graczowi nie pozostaje nic innego jak zatwierdzić lub zrezygnować z akcji. Drugim ułatwieniem jest system podpowiedzi umieszczony w księdze questów. Czym jest owa księga? Dostępną w obydwu trybach listą zadań, jakie należy wykonać by akcję popchnąć do przodu, systematycznie uzupełnianą wraz z badaniem planety, na której bohaterowie aktualnie się znajdują. Z tym, że w trybie casual po kliknięciu na jakieś zadanie pojawi się sugestia co należy zrobić. Początkowo dość ogólna, po każdym kliknięciu uzupełniana o bardziej szczegółowe podpowiedzi. Jeśli komuś zdarzyło się utknąć w grze i ratunku szukał za pośrednictwem serwisu UHS, to doskonale zna ten system. Jednak księga questów nigdy nie podsunie nam gotowego rozwiązania. Trzecim ogólnie dostępnym ułatwieniem jest możliwość podświetlenia hotspotów. Rzecz coraz częściej w grach występująca i z której obecnością w większości nowych gier przyjdzie się pogodzić. Interface zaś to klasyczny dla przygodówek point&click, w którym lewy klawisz myszy odpowiada za interakcje z otoczeniem, prawy zaś służy do przywołania okna ekwipunku. Proste i intuicyjne.

Czy taki system podpowiedzi się sprawdza? Ciężko powiedzieć. W sieci trafiłem na wypowiedź jednego z casuali twierdzącego, że gra mimo tych wszystkich ułatwień jest dla niego zbyt trudna. I coś w tym jest. Dla osoby nieprzywykłej do grania w klasyczne przygodówki początkowe godziny mogą być naprawdę ciężkie. Jednak fan przygodówek będzie w swoim żywiole. Spora ilość rozpraszaczy rozmieszczona w tych kilku lokacjach plus możliwość modyfikowania przedmiotu w inventory oraz oczywiście łączenia w nim posiadanych już przedmiotów tworzy naprawdę sporą ilość możliwości. Dodatkowo w pewnym momencie gra wymaga od gracza posiadania przedmiotu, który znaleźć może tylko w jednej lokacji, dość sprytnie ukrytej. Tak więc szanse na utknięcie nawet dla doświadczonego gracza są duże (mi szczęśliwie udało się wypatrzyć strzałkę tak mniej więcej w połowie sprawdzania wszystkiego na wszystkim).

Jednak już po opuszczeniu pierwszej planety ta swoista nadwyżka przedmiotów w lokacjach znika. Dostajemy dokładnie tyle hotspotów, ile wymaga fabuła. Tym samym istnieje prawdopodobieństwo, że gracz, zamiast się zastanowić, zacznie sprawdzać wszystko metodą prób i błędów i w końcu trafi w rozwiązanie. Zwolennicy różnorodności zagadek umieszczonych w grze mogą się poczuć rozczarowani - zawiera ona niemal wyłącznie zagadki ekwipunkowe, a pozostałe zagadki (sztuk cztery) są banalnie proste do rozpracowania. Tym samym czas potrzebny na przeskoczenie do kolejnego aktu historii ulega sporemu skróceniu.

To zresztą nie jedyny element, który ulega sporej zmianie po opuszczeniu pierwszej planety. Podobna rewolucja nie ominęła także warstwy dźwiękowo-wizualnej, chociaż bardziej w kwestii przyjętych założeń niż spadku jakości. Powiedzmy to zresztą od razu - gra jest ładna. Pięknie, ręcznie rysowane lokacje zostały wykonane z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Podobnym kunsztem wykazano się przy projektowaniu postaci, chociaż odnoszę wrażenie, że w postać Luli włożono najmniej pracy. Autor dotrzymał obietnicy i wraz z zespołem złożył hołd klasycznym przygodówkom LucasArts. Jest małpiowyspowo zarówno graficznie, jak i muzycznie, po czym przenosimy się na kolejne planety i klimat Małpiej Wyspy szlag trafia. Przyznam, że po pierwszym przejściu zmiana ta zaskoczyła mnie tak mocno, że byłem gotów wystawić grze znacznie niższą notę (i za coś jeszcze, ale o tym w następnym akapicie). Także jamajskie rytmy zostały zastąpione czymś, co przy pierwszym słuchaniu chyba nawet nie docierało do moich uszu, za nic bowiem nie mogłem sobie po skończeniu gry przypomnieć, czy tam w ogóle muzyka była. Natomiast przy drugim przechodzeniu skojarzyła mi się z nieco bardziej rozbudowaną dźwiękowo muzyką Jowisza*. Przyznaję, pasuje dobrze do lodowej planety, na którą trafia gracz, jednak ten sam motyw jest w zasadzie wykorzystywany już do końca gry. Biorąc pod uwagę, że autorzy nie zdecydowali się na nagranie głosów postaci, to dźwiękowo gra prezentuje się dość ubogo.

I tak dochodzimy do największej bolączki gry - błędów. Nie wiem czy to wina recenzenckiej wersji gry, która jeszcze nie doczekała się uwzględnienia wszystkich poprawek, czy może kiepska współpraca z laptopami, ale bugów jest po prostu zatrzęsienie. Od niewielkich i nie utrudniających grę, jak przesunięcie punktu oznaczającego hotspot czy możliwości brania jednego przedmiotu w nieskończoność, po błędy uniemożliwiające zakończenie gry (Lula z własnej woli poszła na skraj lokacji i już tam została, nie reagując na jakiekolwiek komendy) czy wywalenie gry do Windowsa. Ten ostatni zdarzył mi się dwa razy - raz dwie cut scenki nałożyły się na siebie, co rzecz jasna spowodowało natychmiastowy błąd. W drugim przypadku rozpocząłem granie w trybie casual, chwilę po tym jak przerwałem rozgrywkę w trybie core. Jakie było moje zdziwienie, gdy w inventory znalazłem przedmioty, które dopiero za jakiś czas powinny do niego trafić. Rzecz jasna próba użycia jednego z tych przedmiotów spowodowała krytyczny wyjątek itd. I, jak być może niektórzy się już domyślili, wszystkie bugi (może z wyjątkiem tego towarzyszącego zmianie trybu) zaczynają się pojawiać po opuszczeniu pierwszej planety. Chociaż przyznaję, że akurat te krytyczne błędy w czasie drugiego przechodzenia gry się nie pojawiły. Więc może to ja miałem pecha, ale fakt pozostaje - istnieją błędy uniemożliwiające zakończenie gry i które mogą (ale nie muszą) się objawić. Czytając zachodnie recenzje, trafiłem na jeden opis nakładania się dwóch scen, chociaż nie zakończony wyjściem do Windowsa.

Nie sposób więc oprzeć się wrażeniu, iż, tak mniej więcej od połowy gry, chorwackiemu studiu zaczęło się bardzo spieszyć. Tym samym za cenę 20 dolarów otrzymujemy grę krótką, a dodatkowo cierpiącą na swoistego rodzaju schizofrenię. Czas potrzebny na ukończenie Kapitana Odvagi to jeden wieczór (no, góra dwa jeśli będziemy mieli pecha). Czyli mniej więcej tyle samo ile potrzeba na ukończenie jednego epizodu jakiejś sezonowej produkcji. Trochę mało jak za cenę pełnoprawnego produktu. Jeśli jednak kogoś to nie zraża, to na pewno będzie się przy Kapitanie dobrze bawił. A przynajmniej będzie się dobrze bawił na pierwszej planecie. Bo dalej... cóż, dalej może być różnie. Jednak fani klasycznych przygodówek spod znaku LucasAarts na pewno przymkną oko na kilka niedoróbek.

* Chodzi o dźwiękowy zapis burzy magnetycznej na Jowiszu, którą zarejestrowała sonda Voyager. Zainteresowani mogą odsłuchać fragmentu za pośrednictwem YouTube.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.