|
|
Po ukończeniu The Tiny Bang Story wiem już na pewno, że hidden object nie jest dla mnie. Większość czasu spędzonego z grą szukałem po ekranie kolejnych puzzli, spławików, kulek, walizek, części obrazu, kółek zębatych, pokręteł i innych tego typu rzeczy. Inwencja twórców w wymyślaniu obiektów do poszukiwań była imponująca. Przedmioty te były w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób wrysowane (to w przypadku HOG-ów żadna nowość) w całkiem przyjemne lokacje. Ale cóż z tego, że lokacje ładne, skoro jest ich niewiele, a każdą trzeba było kilkakrotnie przeczesywać w poszukiwaniu hurtowych ilości kolejnych przedmiotów jednego rodzaju. Zajęcie to było tak samo ciekawe jak liczenie baranów w bezsenną noc. Gdy udało się już policzyć wszystkie barany... tzn. pozbierać wszystkie przedmioty (i nie zasnąć!), można było wreszcie przystąpić do rozwiązania jednej z wielu zagadek logicznych. Tu trzeba przyznać, że twórcy zaserwowali dużą różnorodność stawianych przed graczem zadań: od prostych puzzli, przez różnego rodzaju układanki, na kolejnych (o zgrozo!) "ukrytych objektach" kończąc. Układanki te są, oprócz grafiki, jedynym godnym uwagi elementem gry.
|
|
|