Recenzja - Botanicula
Botanicula - recenzja
Elum, 4 maja 2012
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ wysmakowana oprawa audiowizualna
+ niezwykły, wciągający świat gry
+ Mikołaj!
Wady:
- za wysmakowaną oprawą kryje się dość prosta, mało odkrywcza gierka flashowa
Krótko:
Machinarium dla ekologów? ;)

Co łączy Bad Mojo, Pełną Rurę, Insecticide oraz, po części, The Whispered World? Poza tym, że wszystkie te gry nazwać można, w mniejszym lub większym stopniu, przygodówkami, w każdej z nich ważną rolę odegrały - nie bójmy się tego słowa - robaki. W zarośniętej brudem Bad Mojo rządziły karaluchy (trochę upraszczam, bo główny bohater gry był przecież zmienionym w karalucha człowiekiem), w wilgotnej Pełnej Rurze gnieździły się bliżej niezidentyfikowane stworki (przypominające te z reklam środków do czyszczenia toalet), zaś metropolię z Insecticide zamieszkiwały rozmaite zmutowane stawonogi i mięczaki. W The Whispered World była wprawdzie tylko jedna gąsienica, ale za to przerażająco olbrzymia. Brr, strach pomyśleć co wkurzony Spot potrafiłby zrobić człowiekowi.

Co łączy powyższe gry z Botaniculą? Na pewno to, że przygodówka Amanity również opowiada o bardzo niewielkich żyjątkach. Przy czym okazy, na które można natknąć się w Botaniculi częstokroć łatwiej zaliczyć do fauny, niż flory. Czasem naprawdę trudno odróżnić przedstawicieli świata roślin od przedstawicieli robaczków. Ale najgorsze jest to, że większość z nich jest tak potwornie... sympatyczna. Doszło do tego, że od ukończenia gry boję się zbliżać w okolice parków, lasów i tym podobnych skupisk przyrody. Jeśli już muszę, poruszam się wyłącznie po kamiennym lub asfaltowym podłożu, uważnie patrząc przy tym pod nogi. Po prostu przeraża mnie myśl, że mógłbym przypadkiem zadeptać jakąś szczęśliwą rodzinę bezbronnych grzybków, muszek lub, co gorsza, chruścików. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

Zżyłem się przede wszystkim z głównymi bohaterami. Trzeba podkreślić, że w Botaniculi, nietypowo, kierujemy jednocześnie aż pięcioma postaciami, pomiędzy którymi nie można się swobodnie przełączać. To drużyna przyjaciół, którzy pragną ocalić swój mikroświat przed złymi, pająkopodobnymi pasożytami. Muszą też ochronić ostatnie nasionko ogromnego drzewa - w przeciwnym wypadku może dojść do straszliwej w skutkach tragedii.

Jęczące gąbki charakteryzują się jęczeniem...

Fabuła gry jest prosta jak organizm pantofelka. Podobnie jak w przeciętnej grze FPS, w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia kto i dlaczego jest naszym przeciwnikiem. Esencją Botaniculi jest eksploracja dziwnych, chwilami mocno surrealistycznych lokacji, wypełnionych po brzegi kroczącymi, pełzającymi, fruwającymi, a nawet lewitującymi stworzeniami. Niektórym trzeba pomóc z nadzieją, że odwdzięczą się tym samym. Inne będą pomagać głównym bohaterom bezinteresownie, czasem chyba też trochę nieświadomie (jęczące gąbki chyba nie do końca zdają sobie sprawę co się z nimi dzieje). Naturalnie wszystkie niezależne od siebie "questy" popychają do przodu główny wątek, więc wszelkie zadania należy wykonywać bez mrugnięcia okiem. Nie ma innego wyjścia.

Rozgrywka przypomina oczywiście wcześniejsze gry studia Amanita Design. Oprócz eksploracji, pozwala na rozwiązywanie prostych zagadek. Jednak najczęściej sprowadza się do klikania lewym przyciskiem myszy gdzie tylko się da. Zdarza się, że samo klikanie nie wystarcza i trzeba z pomocą LPM odpowiedni obiekt chwycić, a następnie z wyczuciem przesunąć lub pociągnąć, aby uaktywnić jego funkcję. Tradycyjne zapełnianie ekwipunku to w Botaniculi margines. Zazwyczaj gra zmusza do kolekcjonowania serii identycznych przedmiotów, na wzór gier casualowych. Gdy uda się zebrać komplet, trzeba je naturalnie komuś zanieść lub użyć w określonym miejscu. Dodatkowo zabawę urozmaica zbieranie kart z wizerunkami żyjątek występujących w grze (jest ich ponad 100 - każda karta to inny gatunek). Są jeszcze pomysłowo wplecione w całość proste mini-gry. Ale bez obaw. Choć czasem wymagają odrobiny zręczności, nie powinni mieć z nimi problemów nawet najbardziej fanatyczni przeciwnicy elementów akcji w przygodówkach.

...lewitująca gąbka-gigant śpiewa...

Oprawa audiowizualna Botaniculi czaruje. Grafika, choć kolorowa, nie jest w żadnym wypadku niezdrowo przesłodzona, infantylna. Jest za to genialnie pomysłowa. Lokacje to nie tylko zbiór ładnie namalowanych obrazków (jak np. w obrzydliwie przereklamowanej The Tiny Bang Story). Tu wszystko wydaje się ze sobą współgrać, świat gry na swój pokręcony sposób sprawia wrażenie całkiem realistycznego ekosystemu. Na pozytywny odbiór niebagatelny wpływ ma również profesjonalne udźwiękowienie. Za doskonałą muzykę i wszystkie efekty dźwiękowe Botaniculi odpowiada czeski duet muzyczny Dva. Dzięki Dva przemówiły też niektóre postacie. Choć "przemówiły" to chyba nieodpowiednie słowo, bo w grze nie usłyszymy normalnych dialogów. Botaniculowe żyjątka porozumiewają się między sobą podobnie jak bohaterowie klasycznych czechosłowackich wieczorynko-dobranocek - w swoim własnym, pomrukująco-niezrozumiałym języku. Nawiasem mówiąc, wykrzykiwane przez bohaterów w chwilach radości "Juhu!" nieodparcie kojarzy mi się z krecikowym "Ah jo".

Botanicula to pierwsza gra Amanity, której nie zaprojektował Jakub Dvorsky. Autor m.in. Samorostów i Machinarium prace nad grą nadzorował jedynie jako producent, nie ingerując zanadto w pomysły swoich kolegów i koleżanek. Głównym projektantem był tym razem Jaromir Plachy (wcześniej jeden z grafików i animator Machinarium). Dzięki temu gra jest nieco inna od swych poprzedniczek. Ma swój własny, niepowtarzalny styl. Trochę tylko szkoda, że więcej jest w niej oglądania, niż grania. Wydaje się, że gdyby obedrzeć Botaniculę z fenomenalnej oprawy... niewiele by zostało. Tych kilka niezbyt wyszukanych zagadek to trochę za mało na cztery i pół gwiazdki. Dlatego wyższej oceny gra ode mnie nie dostanie. Choć bardzo ją polubiłem.

...a grzyby pomagają się zrelaksować. ;)

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.