Recenzja - The Dark Eye: Chains of Satinav
The Dark Eye: Chains of Satinav - recenzja
Elum, 5 lipca 2012
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ interesujący świat gry
+ dające się lubić postacie (w tym główni bohaterowie)
+ fantastyczna oprawa graficzna (w tym także animacja postaci!)
+ satysfakcjonujące zagadki
+ profesjonalny przekład z języka niemieckiego (dot. wersji angielsko-międzynarodowej)
Wady:
- pompatyczna pieśń w menu głównym gry
- trochę drobnych bugów nie wychwyconych przez testerów
Krótko:
Firma Daedalic Entertainment zdążyła już przyzwyczaić graczy do przygodówek bardzo ładnych. Teraz, dla urozmaicenia, postanowiła stworzyć przygodówkę bardzo dobrą. Chains of Satinav oprócz tego, że fenomenalnie wygląda, potrafi też porządnie wciągnąć. A gdy już wciągnie, nie puszcza aż do napisów końcowych.

The Dark Eye: Chains of Satinav to nowa gra stworzona w oparciu o niemiecki papierowy system RPG (w oryginale - "Das Schwarze Auge"), który od czasu swojej premiery w połowie lat osiemdziesiątych, doczekał się już kilku popularnych, komputerowych adaptacji. Większość z nich, począwszy od serii Realms of Arkania, była jednak grami mniej lub bardziej cRPG. Chains of Satinav jest więc pierwszą grą klasycznie przygodową w rodzinie i zarazem pierwszą wyprodukowaną przez Daedalic Entertainment. Oczywiście gra w żadnym wypadku nie wymaga znajomości pierwowzoru. Jest w równym stopniu przystępna zarówno dla osób, które "Das Schwarze Auge" mają w małym palcu, jak i tych nieco mniej zorientowanych w temacie.

Akcja Chains of Satinav kręci się wokół Gerona z Andergastu - trudniącego się na co dzień łapaniem ptaków młodzieńca, który od dzieciństwa żyć musi ze straszliwym piętnem. Jak przepowiedział niegdyś pewien złowrogi jasnowidz, Geron rzekomo ma sprowadzić na świat nieszczęście. Choć jasnowidz został spalony na stosie, do Gerona przylgnęła łatka wyrzutka, od którego lepiej trzymać się z daleka. Niestety, po latach względnego spokoju, bohater ma nowe powody do zmartwień. Wiele wskazuje na to, że plaga kruków w Andergaście, która zaniepokoiła nawet samego króla, zwiastować może ponowne przybycie jasnowidza i związane z tym konsekwencje. Szansą na ratunek byłaby wróżka grająca na magicznej harfie, jako jedyna zdolna do tego aby przeciwstawić się złu.

Fabularnie Chains of Satinav nie wyróżnia się znacznie na tle innych, podobnych gatunkowo gier. Choć opowiedziana historia potrafi być ciekawa i ma swoje mocne momenty, to jednak w gruncie rzeczy nie należy spodziewać się po niej niczego ponad typowe brednie z regału z literaturą fantasy. Jest samotny bohater i kraina, którą należy ocalić. Najlepiej w ostatniej chwili. Naturalnie zanim upragniony cel pojawi się w zasięgu wzroku Geron będzie musiał wykonać szereg karkołomnych zadań, niejednokrotnie ocierając się o śmierć lub, w najlepszym wypadku, poważne kłopoty. W podróży w nieznane towarzyszyć mu będzie urocze dziewczę - wróżka o imieniu Nuridarinellavanda (dla przyjaciół - Nuri).

Do pary bohaterów, z którą siłą rzeczy trzeba spędzić większość czasu gry, łatwo się przyzwyczaić. Ich głosy w angielsko-międzynarodowej wersji językowej zostały dobrane bardzo sensownie. Przemyślenia i komentarze Gerona nie nużą nawet po wielu godzinach, a rozmowy z postaciami niezależnymi przebiegają naturalnie, pomimo pewnych niedoskonałości związanych z nie zawsze idealnym rozplanowaniem opcji dialogowych (szczególnie jeśli nie wybieramy ich w takiej kolejności, jak zasugerowali twórcy). Nuri czasem potrafi zirytować. Ale taka właśnie jest jej rola! To lekkomyślna, nieco dziecinna dziewczyna wkraczająca w dorosłość w świecie, który nie jest jej przyjazny. Dokładnie tak jak Geron czuje się samotna i nie lubi wracać do przeszłości.

Gra potwierdza, że cechą dobrej przygodówki wcale nie musi być oryginalność. Diabeł zwykle tkwi w szczegółach, dopracowaniu detali. Nawet najbardziej banalna, naciągana bajeczka okaże się interesująca, jeśli twórcy będą mieli pomysły na poszczególne sceny, dialogi i zagadki. Te ostatnie są w Chains of Satinav bardzo zgrabnie wkomponowane w realia świata gry i całkiem satysfakcjonujące (spodobał mi się m.in. patent na powiększanie/pomniejszanie przedmiotów). Fajne są też zagadki wymagające wykorzystywania unikalnych zdolności Gerona (umiejętność niszczenia drobnych obiektów na odległość - coś pomiędzy magią, a psychokinezą).

Dopracowanie gry widać również, a może przede wszystkim, w oprawie audiowizualnej. Dawkowanej oszczędnie muzyki słucha się z przyjemnością. Jest naprawdę przyjemnie skomponowana i zaaranżowana. Brzmi tak, jakby rzeczywiście została przygotowana na potrzeby gry. Cóż, tak oczywiście powinno być zawsze, jednak w praktyce często zdarza się, że muzyka w przygodówkach brzmi w taki sposób jakby została pobrana na pięć minut przed premierą z jakiegoś darmowego, internetowego banku piosenek. Szkoda, że najmniej trafionym utworem w Chains of Satinav jest ten, który pojawia się w grze najczęściej. Mam na myśli wokalizę, której trzeba słuchać przy każdym wejściu do menu głównego. Po jakimś czasie zaczęła mi odrobinę działać na nerwy.

Osobnym tematem jest oprawa graficzna, która w Chains of Satinav błyszczy najjaśniej. Jest pedantycznie, wręcz chorobliwie szczegółowa. Fenomenalnie wyglądają zarówno wszelkiego rodzaju plenery, jak i wnętrza. W wyglądzie pewnych elementów (np. drzew) doszukać się można podobieństw z The Whispered World, nad którą pracowała ta sama grupa grafików. Tym czego zabrakło w The Whispered World, a czego jest pod dostatkiem w Chains of Satinav są natomiast drobne animacje w obrębie lokacji. Prawie w każdej coś się porusza. Twórcy wycisnęli chyba maksimum możliwości z silnika Visionaire, na którym bazuje gra. Gdy zaczyna padać deszcz lub śnieg, niemal poczuć można wilgoć i chłód wydobywające się z ekranu monitora. Wielu graczy, jeszcze przed premierą, narzekało na nie najlepszą animację postaci, zwłaszcza na zbliżeniach podczas rozmów. Moim zdaniem jest to mocno krzywdzące. Mimika twarzy nie musi być hiperrealistyczna, bo też stylistyka gry tego nie wymaga. Szczerze mówiąc, zdecydowanie wolę taką, nieco "chropowatą" animację, od ultrapłynnych twarzy postaci z większości przygodówek Telltale Games lub Pendulo Studios, których nijakość i brzydota śni mi się po nocach.

The Dark Eye: Chains of Satinav pozytywnie mnie zaskoczyła. To zdecydowanie najlepsza gra w dotychczasowym dorobku Daedalic Entertainment. Nie tylko pięknie wygląda, ale jest też zgrabnie rozplanowana, napisana i przetłumaczona (z języka niemieckiego). Choć to fantasy chwilami bardzo na serio, udało się uniknąć niezamierzonej śmieszności, nie przesadzono z patosem. Nie przeszkadzały mi nawet drobne błędy techniczne (bywa, że bohater spojrzy w niewłaściwym kierunku itp.), trafiające się od czasu do czasu. Rozgrywka nie powiela wad The Whispered World, jest o wiele bardziej spójna. Gra jest również zupełnie inna od A New Beginning, czy Deponii. Dlatego chwilami prawie zapominałem, że stworzyła ją ta sama firma, którą do tej pory kojarzyłem z przygodówkami wprawdzie bardzo ładnymi, ale jednocześnie trochę topornymi. Gdzie tkwi sekret Chains of Satinav? Tajemnica wyjaśnia się przy napisach końcowych. Okazuje się, że jest to pierwsza gra od Daedalic, której nie projektował (ani nawet nie współprojektował) współzałożyciel firmy Jan Müller Michaelis. Mam nadzieję, że nie ostatnia, bo odnoszę wrażenie, że choć pan Jan ma dobre chęci, wymyślanie ciekawych przygodówek wychodzi mu zaledwie dostatecznie. Powinien więc częściej dawać na tym polu szansę swoim ponadprzeciętnie uzdolnionym kolegom i koleżankom.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.