Recenzja - The Book of Unwritten Tales
The Book of Unwritten Tales - recenzja
Elum, 12 stycznia 2012
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ sensownie prowadzone wątki
+ postacie z osobowością!
+ doskonały dubbing (w wersji angielskiej)
+ niewymuszony humor
+ zadowalająca długość
Wady:
- mogłaby być trudniejsza
- poziom dopracowania miejscami trochę spada
Krótko:
Zaskakująco dobra przygodówka niemieckiego studia KING Art Games. Przemyślana, wciągająca, pełna uroku. Uwielbiam takie niespodzianki.

Gier przygodowych osadzonych w realiach fantasy było już trochę. Może się wydawać, że ich bohaterowie zwiedzili już wszystko co było do zwiedzenia, włącznie z najbardziej odległymi i egzotycznymi krainami, o których nie słyszeli nawet sami mieszkańcy. Czy w tej sytuacji znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego, początkującego bohatera pragnącego zawalczyć ze złem? Wcale nie musi być odważny, wysportowany, inteligentny i przystojny. Może być niski. I korpulentny.

Nazywa się Wilbur Weathervane i jest gnomem. Choć pociąga go magia i marzy o dalekich podróżach pełnych wrażeń, życie codzienne upływa mu na monotonnej pracy w barze krasnoludów u podnóża gór Withcomb. Nie narzeka na swój los, ale w głębi serca czuje się niespełniony. Uporządkowany świat Wilbura wywraca się do góry nogami, gdy pewnego dnia, znienacka, spada mu na głowę (dosłownie!) stary gremlin. Nieznajomy błaga o pomoc - chce aby Wilbur dostarczył pewien pierścień Arcymagowi, rezydującemu w dalekim mieście ludzi. Pierścień jest oczywiście magiczny. I ma ogromną moc.

Wilbur nie jest jedynym bohaterem The Book of Unwritten Tales. Gra pozwala również pokierować losami elfiej księżniczki Ivo oraz poszukiwacza przygód Nate'a (wspieranego przez purpurową, włochatą wycieraczkę). Ale choć postaci grywalnych w The Book of Unwritten Tales jest aż trójka (w porywach czwórka, wliczając wycieraczkę), to wokół Wilbura dzieje się najwięcej, to jego poznajemy najbliżej. Jest on też chyba najfajniejszą postacią w grze. Nie dlatego, że wzbudza sympatię i instynkty macierzyńskie. Wilbur jest przede wszystkim wiarygodny, zachowuje się jak żywa istota z krwi i kości. Podczas gry zapomina się, że to tylko trójwymiarowy model pokryty teksturami, mówiący głosem aktora.

Współczesne przygodówki bardzo często mają problem z bohaterami pierwszoplanowymi. Brakuje im tego co najważniejsze - osobowości. Taką niedoskonałość wybaczyć potrafię jedynie grom, w których główny bohater jest niemy (i nie widać go na ekranie). Dobrze, że w The Book of Unwritten Tales ten problem nie istnieje. Postacie w grze nie są bezbarwne i nijakie. Nie są też przesadnie przerysowane i karykaturalne, co czasem irytuje w przygodówkach komediowych. One po prostu mają osobowość, różnią się między sobą czymś więcej niż tylko wyglądem i głosem. Każda obserwuje otaczający ją świat na swój własny, ciekawy sposób. Co więcej, relacje między nimi nie ograniczają się do schematycznych dialogów i przekazywania sobie znalezionych przedmiotów. Rozmowy Ivo i Nate'a odrobinę przypominają mi wątek Leeli i Zappa Brannigana (z animowanego serialu "Futurama"). Zupełnie inny klimat ma znajomość Ivo z Wilburem. Jeszcze inaczej wygląda męska przyjaźń Wilbura i Nate'a. Aż żal się z takimi bohaterami rozstawać.

Charakteru Wilburowi, Nate'owi, Ivo i innym postaciom z pewnością dodają też głosy aktorów. Ponieważ The Book of Unwritten Tales to przygodówka niemiecka, nie spodziewałem się po angielskiej lokalizacji (którą wybieram z prostego powodu - po niemiecku potrafię tylko zapytać o drogę) zbyt wysokiego poziomu. Obcojęzyczne wersje językowe wychodzą niestety słabiej od oryginału. Prawie zawsze tak jest. Ale nie w przypadku The Book of Unwritten Tales. Dubbing w angielsko-międzynarodowej wersji jest zaskakująco dobry. Głosy pasują do postaci idealnie, aktorzy odgrywają swoje role z wyczuciem. Niektóre z nich to wręcz mistrzostwo świata (wśród postaci drugo i trzecioplanowych moi faworyci to szczurzy Król Złodziei i krasnolud-piwowar, u którego pracował Wilbur).

W oprawie audio-wizualnej również trudno doszukać się poważniejszych wad. Muzyka brzmi naprawdę nieźle, a poszczególne utwory ładnie komponują się z lokacjami i sytuacjami, w których można je usłyszeć. Oprawa graficzna jest bardzo cukierkowo-kolorowa, ale taka stylistyka do gry pasuje, więc nie widzę przeszkód. Typowych cutscenek jest niewiele, przy czym to akurat przeszkadza mi najmniej. Tym bardziej, że The Book of Unwritten Tales posiada pewną cechę, którą uwielbiam w przygodówkach - bogatą animację postaci. Sporo drobnych czynności wykonywanych przez bohaterów jest starannie animowanych. Choć mam wrażenie, że w późniejszych rozdziałach twórcom zaczęło brakować na te dodatkowe animacje czasu. Im dalej w grę, tym jest ich mniej lub są bardziej niedbałe. Na szczęście pewne elementy się nie zmieniają. Na przykład to, że gdy Wilbur rozmawia z kimś wyższym (co zdarza się dość często) zadziera głowę do góry i patrzy na rozmówcę z zaciekawieniem.

The Book of Unwritten Tales to komedia, parodia i/lub pastisz. Ale nie jest to jedna z tych gier, które starają się być śmieszne za wszelką cenę. Sporo tu humoru sytuacyjnego, za to mniej typowo "jajcarskich" dialogów i wystrzeliwania kolejnych żartów z prędkością karabinu maszynowego. Jednocześnie pojawia się mnóstwo nawiązań do popularnych utworów z dziedziny fantastyki. Gra żartuje z innych przygodówek, gier RPG, kultowych filmów i książek, klasycznych baśni i bajek. Parodiuje "Świat Dysku", "Gwiezdne Wojny", Warcrafta i wiele innych tytułów. Cały wątek Wilbura jest trochę jak połączenie pierwszych części serii Simon the Sorcerer z "Władcą Pierścieni". Z żartów mniej rzucających się w oczy, bardzo ucieszyło mnie nawiązanie do nieco zapomnianych "Gremlinów" w reżyserii Joe'a Dante (kto oglądał ten wie, że nie wolno ich karmić po północy).

Trzeba podkreślić, że The Book of Unwritten Tales jest przygodówką łatwą, może nawet za bardzo. Większość zagadek rozwiązuje się szybko, bez wysiłku. Przedmiotów w inwentarzu oraz "gorących punktów" w lokacjach jest chwilami sporo, ale ponieważ wszystkie one znikają lub przestają być aktywne po użyciu, a w dodatku interfejs jest maksymalnie uproszczony, to na pewnych etapach gry nie trzeba myśleć w ogóle. Wystarczy pamiętać, w których lokacjach znajdują się jeszcze przedmioty/miejsca, na które kursor myszy reaguje. Tę prostotę po części rekompensuje zadowalająca długość gry. Choć trudno się w niej zaciąć, na ukończenie trzeba sobie wygospodarować około 20 godzin. Całkiem przyzwoity wynik.

Zastanawiam się, czy The Book of Unwritten Tales jest aż tak dobra, że zasługuje na prawie maksymalną ocenę? Nie jestem pewny. Z drugiej strony, w tej grze zbyt wiele rzeczy się zgadza. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że dzisiejsze przygodówki raczej nie wychylają się powyżej pewnego poziomu. Dlatego nie spodziewałem się, że gra na pierwszy rzut oka kojarząca się z Ghost Pirates of Vooju Island lub The Whispered World okaże się od nich (i paru innych, podobnych przygodówek) zdecydowanie lepsza. Nawet jeśli zdarzają się w niej momenty nieco słabsze, za które miałem ochotę obniżyć ocenę końcową o pół gwiazdki, to w gruncie rzeczy zachowuje klasę do samego końca. Ostatni rozdział jest podobno kontrowersyjny. Nie rozumiem czemu, bo mnie zakończenie wydało się sensowne i satysfakcjonujące.

PS. Osoby, które wciąż mają wątpliwości czy warto w The Book of Unwritten Tales zagrać (nie czytaliście recenzji!?), zachęcam do obejrzenia jej pierwszego teasera, który trafił do internetu daaawno temu, mniej więcej rok przed niemiecką premierą. Ta scena naturalnie nie pojawia się w grze (czyli nie psuje zabawy, tak jak demo), ale wzorowo ją reperezentuje. Jeśli więc się spodoba - jest duża szansa, że podobnie będzie z samą grą.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.