Recenzja - The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles
The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles - recenzja
Elum, 31 stycznia 2013
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ wygląda i brzmi równie przyzwoicie jak The Book of Unwritten Tales
+ sensownie powiązana z pierwowzorem
Wady:
- za dużo Crittera w Critterze
- trochę to wszystko naciągane
Krótko:
Słabsza od The Book of Unwritten Tales, ale to nie znaczy, że słaba. Po prostu nie porywa już tak jak za pierwszym razem.

The Book of Unwritten Tales nie miała idealnego startu. Musiały minąć ponad dwa lata od premiery wersji niemieckojęzycznej nim doczekała się premiery międzynarodowej i kolejny rok aż można w nią było zagrać po polsku. Oczekiwanie na The Critter Chronicles nie było już na szczęście tak bolesne. Tym bardziej dla preferujących polskie wersje językowe - obie gry ukazały sie u nas w odstępie zaledwie trzech miesięcy.

The Critter Chronicles to kolejna przygodówka osadzona w magicznym świecie, do którego The Book of Unwritten Tales z rozmachem graczy wprowadziła. Przy czym "kolejna" to nie jest chyba najlepsze określenie. Gra o wiele bardziej niż "kolejna" wydaje się "poprzednia". Jak każdy prequel opowiada bowiem historię, która wydarzyła się wcześniej, tj. zanim Wilbur, Ivo, Nate i jego kompan ostatecznie rozprawili się z ropuchowatym Munkusem i jego nie mniej obrzydliwą familią. Tym razem akcja kręci się jedynie wokół Nate'a i, jak sugeruje tytuł, wycieraczkopodobnego Crittera. Obaj muszą uratować świat (mniej więcej, nie ma potrzeby wnikać w szczegóły) na nieco mniejszą skalę niż w poprzedniej w kolejnej grze w The Book of Unwritten Tales. Naturalnie dla nich skala nie ma większego znaczenia, bo niebezpieczeństwa jakim muszą stawić czoła nie są wcale mniejsze.

The Critter Chronicles jest krótka, sporo krótsza od pierwowzoru. Ale to w ogóle nie przeszkadza. Jak powszechnie wiadomo krótkie gry są fajne, bo są fajne i krótkie. Jest bardziej kameralnie, niekoniecznie trzeba podróżować od razu po całym wszechświecie i zajmować się problemami w skali makro. Można za to, w trakcie pięciu rozdziałów gry, bliżej poznać rodzinę Crittera, która utknęła, podobnie jak Nate, daleko od domu. Jest też walcząca o prawa zwierząt aktywistka Petra (protestująca nawet wtedy, gdy nie ma przeciw czemu protestować) oraz cierpiący na schizofrenię... Yeti (podrabiany, bo prawdziwy Yeti przecież nie istnieje). Wszystko to wydaje się na pierwszy rzut oka całkiem przyjemne i pomysłowe. Niestety, w miarę bliższego poznawania gry pozytywne pierwsze wrażenie zastępuje uczucie lekkiego rozczarowania.

Świeżych pomysłów tym razem trochę zabrakło. The Critter Chronicles, choć pod względem oprawy audiowizualnej właściwie nie różni się od The Book of Unwritten Tales, w warstwie treściowej okazuje się zauważalnie słabsza. Można odnieść wrażenie, że to zlepek scen i wątków, które nie zmieściły się lub zostały odrzucone przy tworzeniu pierwszej gry. Prowadzenie Crittera było zabawne przez chwilę, ale organizowanie wokół niego całej intrygi to przesada. Mówi śmiesznie w śmiesznym języku, robi śmieszne miny i śmiesznie chodzi. Problem w tym, że jego śmieszność dość szybko zaczyna się nudzić. To trochę tak jakby przez kilka godzin oglądać spektakl z księgowym, który przewraca się na skórce od banana. Nawet gdyby taką rozrywkę uatrakcyjnić drugim księgowym rzucającym w tego pierwszego pomidorami, po pewnym czasie musi zrobić się nudno. Nie ma innego wyjścia. Elementów komediowych nie ratuje Nate, który pozbawiony relacji z Ivo i Wilburem wydaje się przygaszony, jakby uszło z niego powietrze. Nawet przez chwilę wydawało mi się, że może mówi głosem innego aktora. Jednak aktor jest ten sam, więc to raczej wina scenariusza i dialogów.

Nieco zawodzi również świat gry. Zazwyczaj uwielbiam zimowe, mroźne scenerie. Pamiętam, że gdy Wilbur, w początkowych scenach The Book of Unwritten Tales, po raz pierwszy wyszedł na otwartą przestrzeń żałowałem, że nie dało się wówczas zwiedzić zasypanej śniegiem okolicy. Niestety gra poprowadziła bohatera w zupełnie innym kierunku. Na początku The Critter Chronicles ucieszyłem się ponownie. Przelot statkiem powietrznym pomiędzy zawieszonymi w przestrzeni, zaśnieżonymi wyspami działa na wyobraźnię. Nic z tego. Gra zdecydowała, że o wiele bardziej spodoba mi się monotonny i praktycznie pusty krajobraz podbiegunowy, gdzie ostatecznie ląduje Nate. Nie zgubi się w nieznanej mu wcześniej krainie, bo lokacji dostępnych do zwiedzania jest niewiele. Przez większość czasu Nate i Critter skazani są na bieganie tam i z powrotem w obrębie paru zaledwie miejsc. Jednocześnie w każdym rozdziale gry trzeba te miejsca od nowa dokładnie badać, bo a nuż jakiś element otoczenia, wcześniej zupełnie nieistotny, nagle okaże się aktywny? W pewnym momencie bohaterowie docierają do znajomej, magicznej wieży. Pomysł bardzo fajny, można poczuć się prawie jak wewnątrz obrazów Eschera, tylko znowu - chciałoby się aby obszar, po którym można się poruszać, był choć odrobinę większy (mam w tym momencie na myśli nie tyle wnętrze, co zewnętrze wieży).

Zagadki, podobnie jak w The Book of Unwritten Tales, nie są w The Critter Chronicles szaleńczo skomplikowane, nawet po wybraniu poziomu trudności dla bardziej zaawansowanych. Ponownie w niektórych rozdziałach pojawia się możliwość swobodnego przełączania pomiędzy prowadzonymi bohaterami. Ponownie przechodzenie gry ułatwia fakt, że aktywne elementy otoczenia pozostają aktywne (tj. "widoczne" dla bohaterów) tylko do momentu, gdy można je do czegoś wykorzystać. W ten sposób gra mimowolnie sygnalizuje też kiedy nastąpi kolejny, zupełnie niespodziewany (w zamierzeniach twórców) zwrot akcji. Gdy liczba przedmiotów w ekwipunku gwałtownie się kurczy, a w okolicy nie ma już na czym kursora zawiesić nietrudno zgadnąć, że zapewne już za chwilę uaktywni się dłuższa scena nieinteraktywna, a po niej rozpocznie następny rozdział. Zagadki łamigłówkowe są tradycyjnie zróżnicowane. Raz trzeba otworzyć zamek wybierając odpowiednią kombinację symboli, innym razem... "namalować" obraz. Ot takie urozmaicenie.

W The Book of Unwritten Tales główne wątki nawiązywały m.in. do "Władcy Pierścieni" i serii Simon the Sorcerer. W The Critter Chronicles jest za to więcej z "Gwiezdnych Wojen" i... Day of the Tentacle. Nie zabrakło też pomysłów zaczerpniętych z "Harry'ego Pottera" i "shrekowo-madagaskarowych" wynalazków. Nie przepadam za "Shrekiem" i "Madagaskarem", wszystkie filmy animowane tego typu zlewają mi się w jedną całość, więc przy pingwinach tylko się uśmiechnąłem (nie turlałem się ze śmiechu po podłodze). Przy czym choć gra nie jest tak przebojowa i pomysłowa jak można by się tego spodziewać, pozostaje całkiem konkretną przygodówką. W dodatku ładnie uzupełniającą się ze swoją poprzedniczką, co w przypadku serii jest bardzo ważne. Nawiasem mówiąc, jeśli ktoś jeszcze przypadkiem nie grał w The Book of Unwritten Tales, dobrym pomysłem jest zacząć od The Critter Chronicles i dopiero po niej przejść do dania głównego. Podejrzewam, że być może grając w takiej kolejności łatwiej byłoby mi przełknąć i strawić nadmiar Crittera w Critterze.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.