Recenzja - Obsidian
Obsidian - recenzja
Elum, 26 lipca 2014
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ niepowtarzalny, niepodrabialny, niespotykany w innych grach nastrój
+ ciekawe zagadki/łamigłówki (ponadto niektóre bardzo pomysłowo wkomponowane w świat gry)
+ doskonała muzyka i udźwiękowienie
+ intro
Wady:
- przy paru łamigłówkach można stracić cierpliwość (potrafią być frustrujące)
- liniowość?
Krótko:
Jeden z najlepszych klonów Mysta. Jedna z najlepszych przygodówek "mystopodobnych".

Rok 2066. Problem zanieczyszczenia powietrza i znikającej w zastraszającym tempie powłoki ozonowej zostaje wreszcie definitywnie rozwiązany. Naukowcy wysyłają na orbitę okołoziemską supernowoczesnego, wyposażonego w sztuczną inteligencję satelitę ochrzczonego imieniem Ceres. W pełni samodzielny, samouczący się Ceres ma wypuszczać do atmosfery specjalne nanoboty, których zadaniem jest zahamowanie postępującej degradacji i odtworzenie jej utraconych właściwości. Pierwsze efekty są już zauważalne... Tymczasem para naukowców z zespołu, który zaprojektował Ceresa - Lilah i Max - w ramach urlopu wybiera się na górską wycieczkę w region, nad którym satelita rozpoczął swoją pracę. Sielankę na łonie natury niespodziewanie przerywa odkryta w lesie niezwykła formacja skalna...

Obsidian uzależnia. Choć fabularnie nie jest arcydziełem, jest w tej "mystopodobnej" przygodówce coś, co nie pozwala się od niej oderwać. Już w chwili pierwszego oglądania subtelnej, nieco powściągliwej i odrobinę interaktywnej introdukcji żałowałem, że pewnie za kilka wieczorów będzie po wszystkim. Nawiasem mówiąc, czołówka Obsidiana już chyba pozostanie jedną z moich ulubionych w historii przygodówek w ogóle. A to przecież dopiero początek...

PIĘKNO ZEWNĘTRZNE

Obsidian, jak przystało na w miarę typowego przedstawiciela połowy lat dziewięćdziesiątych, chętnie korzysta z materiału wideo zarejestrowanego tradycyjnymi technikami, poza komputerem. Czołówka niemal w całości sfilmowana została w jakimś amerykańskim lesie, grafika komputerowa jest w niej tylko dodatkiem. Dalej, dla odmiany, proporcje się odwracają i na resztę gry składają się sceny prerenderowane z wklejonymi, tylko gdzieniegdzie, sfilmowanymi aktorami. Przy czym wierzę, że gdyby twórcy mieli taką możliwość, własnymi rękami zbudowaliby te wszystkie dziwaczne konstrukcje świata gry i wypełnili je nie mniej namacalnymi rekwizytami. Nad Obsidianem pracowało paru zawodowców z branży filmowej, którzy wcześniej i później nie mieli styczności z grami komputerowymi. Być może właśnie dzięki temu lokacje prerenderowane, choć po latach nie zachwycają nadmiarem szczegółów i od strony technicznej odstają od nowszych produkcji, zaprojektowane i zaaranżowane są ciekawiej niż w wielu nowszych przygodówkach.

Muzyka, podobnie jak oprawa graficzna, miała prawo nieco się zestarzeć. Ale nie zestarzała się ani trochę. Motywu przewodniego gry, w każdym dostępnym wariancie, mogę słuchać godzinami. Kompozytor ścieżki dźwiękowej Obsidiana - Thomas Dolby - dał się poznać miłośnikom gatunku rok wcześniej za sprawą przeszywającej do szpiku kości oprawy muzycznej The Dark Eye (od Inscape). Kompozycje w Obsidianie są zupełnie inne, wydają się bardziej elektroniczne. Utwory kojarzą się z formatem MIDI, przy czym można się w nich dosłuchać także bardziej złożonych, nieosiągalnych dla MIDI dźwięków i sampli. To specyficzne połączenie brzmień nie jest przypadkowe. Dolby wykorzystał w grze autorski format cyfrowego zapisu muzyki RMF (Rich Music Format), który rozwijał od 1993 roku wraz ze swoją firmą Headspace. Cecha charakterystyczna RMF to również niewielka objętość plików, co miało niebagatelne znaczenie w czasach pierwszych procesorów Pentium (poniżej 100MHz) i Windowsa 95. Na takich konfiguracjach każdy dodatkowy megabajt potrafił przecież odczuwalnie obciążyć procesor, twardy dysk i/lub napęd CD...

RÓWNIE CIEKAWE WNĘTRZE

Po latach zabawy z przygodówkami człowiek szybciej dostrzega schematyczność większości z nich (zazwyczaj jest tak - rozwiązałem zagadkę, otworzyło się przede mną kilka nowych lokacji, więc teraz muszę porozmawiać z paroma nowymi postaciami, każdej z nich coś przynieść, rozwiązać jakąś łamigłówkę i dopiero wtedy gra pozwoli mi przejść dalej... gdzie czeka mnie mniej więcej to samo). Autorzy Obsidiana mieli parę bardzo fajnych pomysłów, aby odwrócić uwagę gracza od takich schematów, liniowości. Przede wszystkim, na zagadkę/łamigłówkę natknąć się można znienacka, w najmniej spodziewanych miejscach. Może mam słaby refleks lub jestem mało spostrzegawczy, ale parę razy dopiero po chwili orientowałem się, że rozwiązuję kolejny problem. Co więcej, kilka spośród występujących w grze łamigłówek udało się twórcom wprost genialnie zintegrować z wirtualnym światem. Można odnieść wrażenie, że gdyby jedną z takich łamigłówek usunąć, wszystko wokół w momencie by się zawaliło.

Osobny temat to doskonała zagadka z komputerem, w zbiurokratyzowanej do granic absurdu lokacji biurowej (żeby zrobić cokolwiek trzeba wcześniej znaleźć odpowiedni formularz!), na potrzeby której twórcy zaimplementowali w grze algorytm potrafiący w pewnym sensie udawać sztuczną inteligencję, "uczyć się". Wirtualny komputer w wirtualnej, zamieszkałej przez dziwaczne "vidboty" surrealistycznej przestrzeni biurowej, próbuje rozmawiać z graczem, zapamiętywać jego wypowiedzi, a następnie wykorzystywać zdobytą wiedzę w dalszej "rozmowie".

DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK

Obsidian rządzi się własnymi prawami. Sen miesza się z jawą, świat namacalny splątuje z wytworami wyobraźni. Zaś inwentarz, jak przystało na przygodówkę "mystopodobną", zredukowany jest do minimum. Prowadzona postać niesie czasem przy sobie jakiś przedmiot, ale o jakichkolwiek zagadkach ekwipunkowych nie ma mowy. Cóż, Obsidian zrodził się na fali popularności Mysta i gatunkowo właśnie tej serii jest najbliższy. Niestety na półki sklepowe trafił zbyt późno. Mniej więcej rok przed Rivenem nowe/debiutujące tytuły z tego podgatunku przygodówek nie sprzedawały się już tak dobrze (właściwie to nie sprzedawały się w ogóle). Obsidian więc poległ. Nie miało znaczenia to, że pod wieloma względami dorównuje, a może i przewyższa Mysta i Rivena (to oczywiście kwestia gustu, zdania są podzielone). Nie pomogła odważna, przygotowana z rozmachem kampania reklamowa, której wspólnym mianownikiem był chwytliwy slogan "Your rules do not apply here" (warto przypomnieć sobie dziwaczny spot telewizyjny). Nie pomógł fakt, że poza sporym budżetem w grę włożono mnóstwo serca. Obsidian nie jest w żadnym wypadku "produkcją taśmową". To przygodówka bez wątpienia wybitna, która miała szansę zapisać się na stałe w historii gier komputerowych. Gdyby tylko narodziła się w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody...


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.