Recenzja - The Night of the Rabbit
The Night of the Rabbit - recenzja
Elum, 2 lipca 2013
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ oprawa, jak w większości gier Daedalic
+ trochę sympatycznych momentów i postaci drugoplanowych
+ Urszula w plecaku
Wady:
- wszechobecna "casualowatość"...
- ...a z drugiej strony kompletnie bezużyteczny "wskazówkowicz"
- zbyt dziecinna dla starszych...
- ...a jednocześnie za trudna dla najmłodszych graczy
- przekombinowana fabuła
Krótko:
Klasycznie, trzecioosobowo, dla miłośników zagadek ekwipunkowych. Ładne widoczki spodobają się większości, głównego bohatera polubią zwłaszcza kobiety w ciąży i babcie mieszkające daleko od swoich wnucząt.

Każdej kolejnej gry od Daedalic Entertainment wyczekuję z pewnym takim... podnieceniem. Ale też z obawą. Daedalic to firma, która bardzo chce tworzyć klasyczne przygodówki. Problem w tym, że o ile pod względem oprawy większość z nich prezentuje się bardzo ładnie (może z wyjątkiem serii o Ednie), o tyle z zawartością bywa różnie. Czasem jest zaskakująco ciekawie (pierwsza część The Dark Eye), innym razem dość przeciętnie (A New Beginning). W przypadku The Night of the Rabbit jest przede wszystkim... uroczo. Tylu uroczych leśnych zwierzątek w jednej przygodówce nie było chyba od czasu Once Upon a Forest firmy Sanctuary Woods.

The Night of the Rabbit jest trzecią grą zaprojektowaną przez Matta Kempke, który przed dołączeniem do ekipy Daedalic zdążył stworzyć dwie przygodówki w warunkach domowo-garażowych - darmową What Makes You Tick? oraz jej komercyjną kontynuację pt. What Makes You Tick: A Stitch in Time. Nowa gra nie próbuje nawiązywać do wyżej wymienionych. To zupełnie nowa opowieść, której bohaterem jest dwunastoletni chłopiec mieszkający wraz z mamą na peryferiach dużego miasta, w domku pod lasem. Na imię ma Jerry, mama pieszczotliwie nazywa go Jerzykiem (pewnie imię Jerry wybrał tata), a mnie kojarzy się z Krzysiem. Tym od Kubusia Puchatka. Bohatera spotykamy w ostatnich dniach letnich wakacji, gdy mama zaczyna już przypominać o konieczności spakowania szkolnego tornistra. Tymczasem Jerzykowi wciąż marzy się wielka przygoda. Taka, którą mógłby wspominać przez kolejny rok nudzenia się w szkolnej ławce. Przełomem będzie spotkanie z tajemniczym Markizem De Hoto i wizyta w przytulnym Mysiborze. Najważniejsze, żeby wrócić do domu przed obiadem!

The Night of the Rabbit ma w sobie coś z "Alicji w krainie czarów", "Opowieści z Narnii" oraz niezliczonej ilości innych książek, filmów i gier bazujących na podobnym pomyśle. O zwyczajnym chłopcu, który znienacka przenosi się do bardzo niezwyczajnego świata opowiadały wcześniej między innymi Curse of Enchantia, seria Simon the Sorcerer, czy na swój sposób Toonstruck (bohater Toonstrucka był fizycznie "chłopcem" nieco starszym, ale reszta się zgadza). Grając w The Night of the Rabbit najwięcej myślałem o Enchantii. Być może dlatego, że była tak kojąco wyciszona, praktycznie pozbawiona tekstu. The Night of the Rabbit to dla odmiany tysiące linii dialogowych przez które trzeba przebrnąć. Problem w tym, że Jerzyk - przeciętny, zwyczajny dwunastolatek - nie ma zbyt wiele do powiedzenia, więc nie powinien mówić aż tak dużo. Cóż, być może aby go polubić potrzebny jest instynkt macierzyński. Jeśli tak, to młode mamy mogą sobie śmiało dodać do mojej końcowej oceny co najmniej jedną gwiazdkę. Mnie w głównym bohaterze spodobało się jedynie to, że przemawia głosem prawdziwego dwunastolatka (mniej więcej). Zdecydowanie z większą sympatią wspominam mieszkańców Mysiboru. Polubiłem rezolutną sówkę Urszulę - siostrzenicę Konrada (nawiasem mówiąc - Konrad ze swoim "huuu" to chyba najlepiej zdubbingowana postać w całej grze). Swoje momenty mają również pracowite jeże (nie mylić z Jerzykiem), a także tandem - Myszkościelny i Myszkościelny junior. Niestety świat przedstawiony kojarzy mi się trochę z grami z pogranicza hidden object. Sympatyczni myszoborzanie rozstawieni są w lokacjach nieco sztucznie. Chwilami trudno uwierzyć, że robią w swoim życiu coś innego poza czekaniem na rozmowę z głównym bohaterem.

Zagadki nie są złe, choć nie trafiłem na taką, która by mnie szczególnie zaciekawiła. Ich rozwiązanie wiąże się zwykle z używaniem bardzo konkretnych przedmiotów w bardzo precyzyjny sposób, czasem też w odpowiedniej kolejności. Wiadomo, że w lesie znajdziemy tylko jeden właściwy kamień lub kijek. Podoba mi się za to bardzo, że bohater wszędzie chodzi ze swoim plecakiem. Wprawdzie magiczne światy rządzą się swoimi prawami, ale jednak miło widzieć, że tym razem, dla odmiany, jest gdzie chować te wszystkie znajdowane po drodze rupiecie (przydaje się również pojemny cylinder). Na pewnym etapie gry do ekwipunku Jerzyka trafia nawet sówka Urszula... co będzie miało swoje konsekwencje (ale nie sposób się na nią złościć). Z biegiem czasu bohater uczyć się będzie magicznych zaklęć, każde z nich przyda się parę razy podczas gry. Zdobędzie też umiejętność "przyspieszania" czasu, poprzez czytanie tzw. ekscytującej książki. Dzięki tej umiejętności lokacje Mysiboru i okolic zwiedzać można zarówno w dzień, jak i pod osłoną nocy. Naturalnie nocą rozwiązywalne są zagadki nieaktywne w dzień, można także rozmawiać z innymi postaciami. Problem w tym, że jednocześnie jest to praktycznie wciąż ten sam dzień i ta sama noc. Otoczenie zmienia się pod wpływem postępów w grze, ale każdy dzień i każda noc po użyciu "przyspieszania" będą wyglądały identycznie. Nawet za pięćdziesiątym razem. Prawie jak w komedii "Dzień świstaka".

Eksplorację ułatwia magiczna moneta z otworem. Spojrzenie przez nią ukazuje wszystkie aktywne punkty w lokacji oraz czasem także inne atrakcje, niewidzialne dla zwykłego śmiertelnika. Do granic przyzwoitości uproszczony został interfejs. Gra korzysta jedynie z lewego klawisza myszy. Nie ma więc możliwości wyboru, czy chcemy napotkaną wiewiórkę obejrzeć, kopnąć lub z nią porozmawiać. Można jedynie na przykładowej wiewiórce kliknąć, reszta odbywa się automatycznie. Przy tak casualowym podejściu twórców zaskakuje bezużyteczna pomoc - tzw. wskazówkowicz. Wskazówki są bardzo ogólne i przydają się chyba jedynie w sytuacji, gdy po dłuższej przerwie od gry trudno przypomnieć sobie na jakim jej etapie Jerzyka ostatnio zostawiliśmy.

W myśl zasady "dla każdego coś miłego" (jak mawia lider zespołu disco-polowego Bayer Full - "w naszych piosenkach każdy znajdzie coś dla siebie") w The Night of The Rabbit zaimplementowano radosną grę w karty. Jest też zabawa dla spostrzegawczych - poszukiwanie porozklejanych gdzie tylko się da naklejek oraz wypatrywanie kropel rosy (za znalezienie wszystkich jest rzecz jasna nagroda). Są też bardziej zwyczajne, "konsolowe" osiągnięcia (np. za kliknięcie na pewnym chrząszczu... tysiąc razy), a także osiem "opowiadań z Mysiboru" Matta Kempke, będących odrębnymi historyjkami osadzonymi w świecie gry, których wysłuchać można z poziomu menu (słuchania jest w sumie na ponad dwie godziny).

Fakt, że The Night of the Rabbit wygląda bardzo ładnie i również nie najgorzej brzmi może podstępnie zmylić. W gruncie rzeczy nie jest to przygodówka tak dobra, na jaką na pierwszy rzut oka wygląda. Nie potrafi się zdecydować, czy chce być bardziej dla dzieci, czy dla zdziecinniałych dorosłych. Zagadki momentami potrafią być trudne. Z drugiej strony uproszczony interfejs, atakujące zewsząd bonusowe atrakcje itp. krzyczą - "poczytaj mi mamo". Fabuła jest zbyt infantylna nawet jak na moje możliwości (to pisze człowiek, który doskonale bawił się przy przygodówce pt. Były Sobie Myszki Trzy: Na spotkanie Cioci Myszy). Jest też okropnie przekombinowana. Pewne postacie i sceny, zwłaszcza w drugiej połowie gry, wydają się zupełnie niepotrzebne. Nie ma sensu doszukiwać się w tym jakiejś pseudo-głębi. Autorzy tak sobie wszystko zagmatwali, że w końcu nie dali rady się z tego wyplątać. Tuż przed końcem gra próbuje na szybko pozamykać pewne wątki. Jednocześnie zakończenie pomija sprawy najistotniejsze, dotyczące głównego bohatera. Gdybym się w The Night of the Rabbit jakimś cudem wciągnął, byłbym takim zakończeniem pewnie rozczarowany.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.