Recenzja - The Raven: Dziedzictwo Mistrza Złodziei
www.gry-online.pl - wortal rozrywkowy


The Raven: Dziedzictwo Mistrza Złodziei
Elum, 19 listopada 2013
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ na pierwszy rzut oka wydaje się ciekawym kryminałem
+ nietypowy, jak na typową przygodówkę, główny bohater
Wady:
- dosyć szybko zaczyna robić się nudnawo
- niepotrzebnie podzielona na trzy części
- zakończenie
Krótko:
Trzecia, czwarta i piąta przygodówka KING Art Games. Jednocześnie.

Firma KING Art Games jest aktualnie trochę jak tzw. artysta jednego przeboju. Jak ten znany wokalista*, który po nagraniu pierwszej, bardzo dobrej płyty próbuje nagrać drugą, trzecią... i nie za bardzo mu wychodzi. Albo jak ta aktorka**, która po zaskakująco udanym debiucie od kilku lat grywa tylko w niskobudżetowych horrorach direct-to-video lub pokazuje w reklamach dezodorantów jakie ma pH pod pachami...

Po przebojowej The Book of Unwritten Tales i naciąganej The Critter Chronicles firma KING Art Games wróciła z trzecią komercyjną przygodówką. Na wstępie warto podkreślić, że choć The Raven: Dziedzictwo Mistrza Złodziei na pewno nie jest grą, o której chciałoby się opowiedzieć wnukom, nie jest też grą słabą. Pod wieloma względami jest bardzo podobna do dwóch wcześniejszych przygodówek KING Art Games. Wygląda i prowadzi się bardzo podobnie. W czym więc problem? Problem w tym, że The Raven jest jednocześnie grą z "gatunku" nie-zależy (nie mylić z grami niezależnymi). Innymi słowy, przez większość czasu nie zależało mi na tym co się dalej stanie, czy główny bohater przeżyje, a tytułowy czarny charakter ostatecznie zginie - przykładowo - w straszliwych męczarniach rozdziobany żywcem przez kruki. Gdy już dobrnąłem do końca poczułem ulgę, że mam to z głowy i jeśli tylko nikt nie zmusi mnie szantażem lub torturami, nigdy więcej do The Raven nie wrócę. Szkoda byłoby mi czasu. Po prostu.

Na pierwszy rzut oka gra wydaje się interesująca. Fabularnie kojarzyć może się z klasycznymi kryminałami Agathy Christie, jest osadzona stabilnie w realnym świecie (żadnych wyskakujących zza rogu Templariuszy, Majów lub innych Masajów spodziewać się nie należy). Chyba nieprzypadkowo jedna z występujących postaci przypomina nawet odrobinę samą Agathę Christie. Z kolei główny, "sterowalny" bohater wygląda jak bliski krewny detektywa Herculesa Poirot. Ma nawet podobne zainteresowania. Nazywa się Anton Jakob Zellner i jest szwajcarskim stróżem prawa w wieku przedemerytalnym, który zaangażował się w polowanie na złodzieja pewnego drogocennego eksponatu wystawionego w brytyjskim muzeum. Sprawa jest o tyle trudna, że główny podejrzany - tytułowy "Kruk", którego znakiem rozpoznawczym, swoistym podpisem, było zawsze pozostawiane na miejscu przestępstwa krucze pióro - rzekomo został wcześniej zastrzelony. Kim więc jest zuchwały przestępca? "Krukiem", który wszystkich przechytrzył i jednak żyje, czy może jego samozwańczym uczniem/naśladowcą? Pewne jest tylko jedno. Jeśli sprawca kradzieży w brytyjskim muzeum nie zostanie w porę schwytany, wkrótce należy spodziewać się kolejnej, spektakularnej kradzieży. Możliwe, że tym razem w Egipcie.

Akcja The Raven osadzona została w świecie przypominającym lata 60-te ub. wieku. Celowo piszę "przypominającym", bo gra nie próbuje zachwycić gracza realizmem przedstawionego świata, o czym świadczy chociażby miniaturowy Orient Express, w którym rozpoczyna się przygoda. Składa się z trzech wagonów (w tym jednego restauracyjnego). Po wysiadce z pociągu niestety niewiele się zmienia. Każde nowe miejsce to zaledwie kilka lokacji. Nawet olbrzymi z zewnątrz obiekt po wejściu do środka składał się będzie tylko z kilku pomieszczeń. I nie chodzi wcale o to, że gra nie dopuszcza gracza do pomieszczeń pozostałych, do każdego możliwego kąta. Tego przecież nie potrafi nawet genialna pod tym względem L.A. Noire. Problem jest raczej w tym, że tych pozostałych kątów nawet nie widać. Jeśli - przykładowo - spora rezydencja po wejściu do środka zmienia się nagle w skromny domek jednorodzinny, to taki wirtualny świat szybko przestaje być wiarygodny, a kolejne lokacje zaczynają kojarzyć się z tekturowymi dekoracjami przeciętnej telenoweli. O tak banalnych oczywistościach wiedzieli już twórcy pierwszej Maniac Mansion - gry, która swoją premierę miała ponad ćwierć wieku temu!

Sam wygląd lokacji w The Raven też nie rzuca na kolana. Większość z nich wrażenie robi w sumie pozytywne, podobnie jak w The Book of Unwritten Tales, ale trudno powiedzieć o nich coś więcej ponad to, że są odrobinę zbyt "plastikowe". Zauważalnie pogorszyło się za to postaciom. O ile Wilbur zadzierający głowę podczas rozmów z wyższymi od siebie osobnikami sprawiał wrażenie autentycznie zaciekawionego, o tyle w The Raven co poniektórzy rozmówcy przekrzywiają swoje szyje nienaturalnie, jak przy ciężkich urazach kręgosłupa. Nie zdarza się to często, ale kilka razy przypominała mi się "mowa ciała" Guybrusha Threepwooda w Escape from Monkey Island. Poważnie w The Raven nawala też mimika twarzy, co jest o tyle istotne, że gra często wybiera ujęcia z bliskiej odległości. Z innej beczki - postaciom zdarza się też czasem klinować w obrębie lokacji (szwankuje "sztuczna inteligencja" przy wybieraniu drogi do wyznaczonego punktu). Z drugiej strony, można dostrzec w "zachowaniach" bohatera/postaci także pewne pozytywy. Wykonywane czynności ilustrowane są odpowiednimi animacjami, kilka razy podczas gry zmienia się strój postaci. Na szczęście nie przeszkadzają podłożone głosy. Nie są tak wyraziste jak w The Book of Unwritten Tales, ale to i tak poziom powyżej przeciętnej. Podobnie z muzyką - jest przyjemna, nieco "familijna", przy czym spodziewałem się czegoś więcej po kompozycjach, do których nagrania wykorzystano profesjonalną orkiestrę symfoniczną.

The Raven, jak każda dotychczasowa przygodówka KING Art Games, jest stosunkowo prosta. Grę ułatwia przede wszystkim to, że tzw. "gorące punkty" automatycznie znikają, gdy przestają być do czegokolwiek potrzebne. Podobna zasada dotyczy używania znalezionych wcześniej przedmiotów. Prowadzona postać nigdy nie powie "nie mogę tego zrobić" lub "to nie zadziała", ponieważ znalezionego przedmiotu użyć można tylko w miejscu do tego przeznaczonym. Nie zawsze uda się za pierwszym razem, ale jeśli przedmiot z ekwipunku wciąż reaguje na dany "gorący punkt", to oznacza, że najprawdopodobniej zajdzie pomiędzy nimi jeszcze jakaś interakcja. Poza dominującymi zagadkami ekwipunkowymi trafiają się w grze pojedyncze łamigłówki, w tym jedna rozwiązująca się bez udziału gracza (trochę to frustrujące, gdy przez ileśtamdziesiąt minut szuka się rozwiązania, a potem nie można nawet zobaczyć rezultatu) i jedna niemal identyczna jak w The Book of Unwritten Tales. Nawiasem mówiąc, struktura scenariusza/fabuły w obu grach również jest bardzo podobna (nie chcę pisać wprost, na konkretnych przykładach, bo to byłyby gigantyczne spoilery - myślę, że każdy kto pomyślnie ukończy/ukończył obie gry zrozumie o co chodzi).

Po raz drugi, po The Critter Chronicles, mam wrażenie, że zespół KING Art Games najlepsze pomysły zużył już przy okazji The Book of Unwritten Tales, a kolejne przygodówki firmy powstają jakby trochę na siłę. The Raven zapowiadała się ciekawie. Efektowny początek przypomina nieco "Ekspres Polarny" Roberta Zemeckisa. Szkoda, że później, podobnie jak u Zemeckisa, też robi się nudnawo. Z kolei zakończenie kojarzyć może się z filmami M. Nighta Shyamalana. Czyli miało być zaskakujące, przy czym wyszło bez sensu. Oczywiście mam na myśli zakończenie trzeciego rozdziału/epizodu (pt. A Murder of Ravens). Wcześniej są jeszcze pierwszy i drugi. Swoją drogą, dystrybucja to, obok zakończenia, chyba największa pomyłka The Raven. Trzy części gry ukazały się, odpowiednio, w lipcu, sierpniu i we wrześniu br. Nie byłoby to najgorsze, gdyby każdą część można traktować jako samodzielną przygodę. Tak się niestety nie da. Część pierwsza (pt. The Eye of the Sphinx) kończy się znienacka. Część druga (pt. Ancestry of Lies) dla kogoś kto nie grał w część pierwszą będzie kompletnie niezrozumiała. Gra niepotrzebnie podzielona została aż na trzy kawałki (sensowniejsze byłyby dwa), w dodatku w tak przedziwnych momentach (najbardziej stracił na tym środek). Z drugiej strony, po premierze części trzeciej, gdy dostępna jest już całość, nie ma to aż takiego znaczenia. Podobnie jak fakt, że prequel The Book of Unwritten Tales miał premierę dwa lata po (zamiast przed) The Book of Unwritten Tales. Ot, drobiazgi.

* Ten co śpiewał, a potem wystąpił gościnnie na płycie tego zespołu.

** Ta co była nominowana do tej nagrody, a potem jeszcze zagrała w tamtym filmie.

Copyright (c) Michał Czajkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.