Mini recenzje - Broken Age
Broken Age - mini recenzja
 Elum, 30 kwietnia 2021
       [zobacz jak oceniamy gry]

Broken Age startuje bez pośpiechu. Po ekranie wyboru postaci nie objawia się barwna, nieinteraktywna czołówka. Zamiast niej para bohaterów od razu zderza się z szarą, nastrajającą niezbyt przygodowo, codziennością. Codzienna rutyna Shaya, z której tak bardzo chciałby się wyrwać, przypomina nieco żywot bohatera... The Bunker. W odsłonie bardziej familijnej. Z kolei Vella, szykowana na najważniejszy dzień swego nastoletniego życia, skazana jest na oczekiwanie nieuniknionego w towarzystwie niepokojąco rozentuzjazmowanych domowników.

Broken Age to podwójnie trafny tytuł dla przygodówki Double Fine, która nie tylko przedstawia dwie równoległe, miejscami przeplatające się historie, ale też wydana została pierwotnie w dwóch częściach. Rozdział fabularny może przywodzić na myśl zwłaszcza sequel Maniac Mansion. Z tą różnicą, że wzajemny wpływ postaci w Broken Age jest mniejszy. Z kolei podział drugi właściwie przestał mieć znaczenie po premierze kompletnej edycji gry z końcem kwietnia 2015. Gdy potężny cliffhanger z dnia na dzień stał się po prostu zgrabnie wplecionym w fabułę naturalnym zwrotem akcji.

Działaniami pary bohaterów kierujemy za pośrednictwem interfejsu point and click w odmianie bardziej casualowej, nie rozróżniającej np. opcji "look at" i "use". Można to jednak grze wybaczyć, ponieważ w zamian poukrywanych zostało w niej naprawdę sporo nadprogramowych komentarzy, w tym tych na temat tzw. używania wszystkiego na wszystkim. Co ciekawe, zdarza się, że na wypowiedzi Shaya lub Velli spontanicznie reagują znajdujące się w pobliżu postacie. Mieszkańcy Broken Age potrafią zachowywać się całkiem naturalnie. Widać również, że mnóstwo pracy włożono w ich "wycinankową" animację - uwzględniającą gestykulację, odwzorowującą mimikę twarzy i ruchy ust wypowiadające kwestie dialogowe głosami m.in. Elijaha Wooda, Jacka Blacka i Wila Wheatona.

Lokacji nie jest przesadnie dużo, są więc eksploatowane do maksimum. Tak jak i postacie, każda z nich narysowana została w wyrazistym stylu, nad którego spójnością czuwali Nathan Stapley i Lee Petty. Słabiej na tle pozostałych prezentuje się jedynie toporne wnętrze chatki drwala Curtisa, zachowane chyba od czasów pierwotnego prototypu gry, którego sam drwal był bohaterem. I tylko razi w Broken Age ta wszechobecna familijność i... cukierkowość. Nie tylko w scenach, gdzie słodkości prawie wylewają się (dosłownie) z ekranu. Ale przynajmniej dzięki temu łatwiej zauważyć pojedyncze ujęcia kojarzące się z pewnym mrocznym, hiszpańskim tańcem - np. wejście do piramidy w Shellmound, szczególnie przy akompaniamencie muzyki Petera McConnela.

Typowy przykład architektury post grim fandangowej (z elementami późnego full throttlizmu).

Nie ma wątpliwości, że Broken Age to kawał solidnej przygodówki - zmyślnie zaprojektowanej, z paroma zagadkami dającymi satysfakcję z ich rozwiązywania. Jednak chyba nie do końca takiej, na jaką można było liczyć na etapie kickstarterowej zrzutki. Szkoda, że za pieniądze graczy hardcore'owych powstała gra dla graczy młodszych. Stażem i chyba trochę też wiekiem. Przy czym najbardziej rozczarowało mnie to, że pomysł na Double Fine Adventure zrodził się właściwie dopiero pod wpływem zbliżającego się deadline'u. Miałem nadzieję, że zostanie wyciągnięty z dna jakiejś zakurzonej szuflady z niezrealizowanymi projektami. Tim Schafer dostał przecież wolną rękę, niepowtarzalną szansę zrobienia średnio budżetowej (powiedzmy, na warunki amerykańskie) przygodówki o dowolnej tematyce. I trochę tę szansę zmarnował pisząc historię tak bardzo zachowawczą.

Dlatego pół gwiazdki więcej (co daje w sumie naciągnięte cztery) Broken Age dostaje ode mnie przede wszystkim za towarzyszący serial dokumentalny, w którym zmieściło się również trochę rzeczy nie związanych z wątkiem przewodnim. Jak chociażby John Romero pomagający w naprawie czerwonego Plymoutha Barracudy (w odcinku 8). Albo Peter Chan w swojej leśnej chatce przypominający czasy pracy przy Grim Fandango i wspominający nieżyjącego tatę. Gościnnie występuje też "grumpy" bardziej niż zwykle Ron Gilbert, którego tata zmarł dwa tygodnie przed końcem kickstarterowej zbiórki (o czym napisał później na swoim blogu grumpygamer.com). W serialu Double Fine Adventure zapisał się niewielki kawałek historii przygodówek, dlatego warto obejrzeć go także dziś - po sześciu latach od premiery gry. A od przygodoskopowej zapowiedzi nawet siedmiu.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia Elijaha Wooda z drzewem.

Czarny charakter Marek.Bronstring.
Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.