Recenzja - Journey of a Roach
Journey of a Roach - recenzja
Jackowsky, 11 maja 2014
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ chodzenie po ścianach i sufitach
+ oko puszczone do gracza przy zakończeniu
Wady:
- w sumie nie jest wielkim wyzwaniem
- niezbyt odkrywcza fabuła
Krótko:
Journey of a Roach to gra, z którą - mimo przyciężkawej atmosfery schronu - przyjemnie można spędzić te parę godzin.

Czy można przyjemnie spędzić kilka godzin wśród karaluchów, pająków, mrówek i innego robactwa? Można! A w schronie wśród walających się wszędzie śmieci i odpadów radioaktywnych? Pewnie, że można. Pod warunkiem, że jest się karaluchem. Tak, w Journey of a Roach sterujemy tym wstrętnym insektem. Osobom, które wzdrygnęły się na samą myśl o karaluszym protagoniście spieszę z wyjaśnieniem. To wyjątkowo sympatyczny i koleżeński gość. Nosi szykowne zielone buciki i cały czas ratuje swojego kumpla z kłopotów, w które ten się co chwila pakuje.

Journey of a Roach to przygodówka point & click... ale nie do końca. Bohaterem sterujemy za pomocą klawiszy "WSAD" lub z kursorów. Choć zaniepokoiło mnie to na początku gry, to szybko przekonałem się, że inaczej się nie dało. Jako karaluch mamy bowiem możliwość łażenia po ścianach i suficie. Korzystając z tych możliwości dosięgamy do przedmiotów niedostępnych z poziomu podłogi. Rodzi to całkiem ciekawe zadania, gdy dziwnymi drogami dochodzimy do interesującego nas miejsca. Wyszukiwanie tych dróg to wyzwanie, szczególnie dla naszej orientacji przestrzennej. Podczas przechodzenia z płaszczyzny podłogi na ścianę obraca się całe otoczenie. Daje to niezłe efekty np. dymu unoszącego się "w dół" czy lampy wiszącej "do góry". Jest jednak jedna lokacja, w której takie obroty w te i z powrotem następują niezwykle często. Nie wywołało to u mnie choroby lokomocyjnej, ale wrażliwsi mogą nie mieć tyle szczęścia.

Mimo takiego sterowania gra serwuje nam ledwie śladowe elementy zręcznościowe (o ile w ogóle można je tak nazwać), np. przy przechodzeniu przez wentylatory. Podobnie jest z zagadkami logicznymi, właściwie nie ma ich w ogóle. W grze nie można też zginąć (a przynajmniej mi się nie udało) - to dobra wiadomość dla fanów tradycyjnych przygodówek.

Fabuła nie powala, ale nie jest też zła. Dwaj kumple wyruszają na powierzchnię wyniszczonej przez nuklearną zawieruchę Ziemi w poszukiwaniu kwiatka. Podczas wędrówki wszystko sprzysięga się przeciwko kumplowi bohatera. Ratowanie tyłka odwłoka towarzysza pochłania największą część wysiłków gracza.

Journey of a Roach jest dostępna w polskiej wersji językowej, ale trzeba przyznać, że w tym przypadku tłumacz się nie namęczył. Do przetłumaczenia było jedynie menu. Postacie rozmawiają po owadziemu, a gra komunikuje się z graczem korzystając z sugestywnych gestów bohatera lub z nie budzących wątpliwości obrazków. Gra równie dobrze mogłaby być wydana po angielsku, szwedzku a nawet chińsku. No, dobra. Z tym chińskim to przesadziłem.

Journey of a Roach jest dostępna na platformie Steam. A co za tym idzie oferuje osiągnięcia czyli tzw. "achievementy". Jednym z nich jest... dystans przebyty przez bohatera po suficie. Po co to komu? Na co w ogóle te "achievementy" w przygodówkach? Do dzisiaj stanowi to dla mnie nierozwiązaną zagadkę.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.