Mini recenzje - Draugen
Draugen - mini recenzja
 Elum, 15 lipca 2021
       [zobacz jak oceniamy gry]

Jest rok 1923. Wielmożny Edward Charles Harden* odbywa długą (choć nie najdłuższą) podróż, aż z Hanoveru**, do małej osady rybackiej Graavik***, z nadzieją na spotkanie swej siostry Elizabeth****, z którą kontakt urwał się przed wieloma miesiącami. Z listownej korespondencji wynika, że Betty przybyła do Graavik z samego Nowego Jorku i zatrzymała się w rezydencji niejakiej Anny Fretland i jej męża. Niestety, na miejscu okazuje się, że całe Graavik jest praktycznie wymarłe. Wszyscy mieszkańcy przepadli gdzieś bez śladu. Nie ma nikogo, kto mógłby naprowadzić na ślad Betty.

Sprawę zaginięcia Elizabeth można by zaliczyć do bardziej typowych przygodówek z podgatunku tzw. symulatorów chodzenia, gdyby nie Alice*****. Nastoletnia podopieczna prowadzonego bohatera, towarzysząca mu od początku wyprawy, to przede wszystkim jego kompletne przeciwieństwo. Jej żywiołowość, której zdecydowanie brak w zbiorze cech charakteru wycofanego Edwarda, niewątpliwie dodaje życia wirtualnemu światu. Alice nieustannie kręci się w pobliżu, czasem bardzo dosłownie. Biega i wspina się sporo sprawniej od bohaterek np. Dreamfalla, bliżej jej pod tym względem do Larysy Zagrody. Także dzięki Alice większość interakcji wiąże się z dialogiem, miast monologiem wewnętrznym zmęczonego życiem Edwarda. Dziewczę przy tym bardzo stara się mówić slangiem przedwojennej młodzieży, może nawet za bardzo. Ale szczególnie mi to nie przeszkadzało, bo w gruncie rzeczy wszelkie rozmowy, pogawędki są ciekawie napisane. I równie naturalnie odegrane przez podkładającą głosy parę aktorów.

W relacjach między parą bohaterów umknąć mogą pewne szczegóły. Choć Draugen ma strukturę liniową i wybory kwestii dialogowych nie wpływają znacząco na fabułę, Alice zdaje się pamiętać o nich w dalszych rozmowach. Zdarzyć się też może, że zwróci Edwardowi uwagę, jeśli odwróci od niej wzrok, gdy do niego mówi. To ciekawe urozmaicenie, do którego nie jestem przyzwyczajony. Zazwyczaj w przygodówkach pierwszoosobowych kierunek w jakim prowadzona postać spogląda, nie ma znaczenia. Bardzo spodobało mi się też to, że większość tekstów - listów gazet i innych, które znaleźć można w Graavik, pozostawione zostały w oryginalnej wersji językowej. Edward w związku z tym miewa problemy z ich odczytaniem, przetłumaczeniem - norweskiego uczy się od niedawna - ale takie rozwiązanie zdecydowanie dodaje realizmu.

W przygodówce właściwie pozbawionej zagadek, w której bohater automatycznie używa znalezionych wcześniej przedmiotów i nawet kod potrzebny do otwarcia sejfu po prostu wybierze jak opcję dialogową, kluczowy jest scenariusz oraz wrażenia z tzw. eksploracji. W tych kwestiach Draugen przypadł mi do gustu. Norweski krajobraz, który świetnie sprawdziłby się w przygodówce FMV, w trójwymiarze również wygląda całkiem malowniczo. Dzięki temu, że wirtualny świat nie jest zbyt rozległy, twórcy mogli skupić się na jego dopracowaniu. Nie wyszło jedynie trochę z animacją twarzy Alice, która wciąż wygląda niepokojąco "manekinowo" - tylko odrobinę mniej irytująco niż twarze postaci we wcześniejszych Dreamfallach od Red Thread (żeby daleko nie szukać). Za to przechadzając się ścieżką wzdłuż strumienia lub wchodząc do zabytkowego - już w 1923 roku - drewnianego kościółka, prawie czułem tę chłodną aurę, który kojarzy mi się z takimi miejscami. Przy czym to akurat mogło też mieć związek z pewnymi dramatycznymi zwrotami akcji.

W potęgowaniu napięcia pomaga ładnie skomponowana i zgrana z grą ścieżka dźwiękowa. Na szczęście Draugen na żadnym etapie nie zmienia drastycznie swojego klimatu... nie licząc zmieniającej się gwałtownie pogody. Nie przesadza z motywami fantastycznymi, nie przeradza się z biegiem czasu w typowy horrorek, lecz do końca idzie swoim spacerowym tempem. Pewne wątki (poboczne) związane z Graavik pozostają nierozwiązane. Ale to całkiem logiczne. Dla Edwarda od początku najważniejsze jest przecież odnalezienie siostry, o czym zresztą na każdym kroku daje do zrozumienia zafascynowanej wszystkim wokół Alice. Gra kończy się więc bez wpadania w skrajności - ani nie próbuje wszystkiego na siłę wyjaśniać, ani nie pozostawia bohaterów w zawieszeniu. Choć w przygodówce umiejscowionej pośród norweskich fiordów, zawieszenie... na krawędzi klifu (ang. cliffhanger) może wyjątkowo by pasowało.

* dla znajomych - Teddy

** tego w stanie Massachusetts

*** gdzieś w Norwegii

**** dla najbliższych - Betty

***** dla przyjaciół - Lissie
Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.