Czytelnia - Filmoskop: Professor Layton and the Eternal Diva
www.gry-online.pl - wortal rozrywkowy


Filmoskop: Professor Layton and the Eternal Diva
Elum, 11 grudnia 2010

Filmów fabularnych, które w mniej lub bardziej swobodny sposób nawiązują do popularnych gier komputerowych, od czasu premiery pierwszego "Super Mario Bros" (w 1986 roku) powstało do dnia dzisiejszego już kilkadziesiąt. Z tych bardziej znanych wypada wymienić adaptacje Street Fightera i Mortal Kombat, które przemknęły przez kina (również polskie) w połowie lat dziewięćdziesiątych. Trochę później swoich filmów doczekali się fani Lary Croft i sagi Final Fantasy. W ostatnich latach z kolei w kinach pojawiły się filmy na motywach m.in. serii Silent Hill, Resident Evil i Max Payne. Z pewnością na nich się nie skończy, bo choć adaptacje gier komputerowych (najczęściej gier akcji lub mordobić) są z reguły miażdżone, nie tylko przez krytyków, ale nawet przez samych graczy, nie opłaca się ich tak po prostu nie kręcić. Podobnie jak nie opłaca się nie ekranizować lektur szkolnych.

Nasuwa się pytanie - czy filmowe adaptacje gier muszą być beznadziejne? Cóż, na pewno trudno jest napisać sensowny scenariusz filmu w oparciu o grę, której celem jest brnięcie do przodu i masakrowanie wszystkiego co się rusza (i/lub próbuje zmasakrować głównego bohatera). Z drugiej strony, choć powinno mieć to chyba znaczenie, twórcom ekranizacji gier zazwyczaj nie zależy nawet na wiernym przekładzie. A już tym bardziej nie chce im się tracić czasu na poznawanie niuansów pierwowzoru. Ważne, żeby zgadzał się tytuł i imię głównego bohatera/bohaterki.

Na szczęście zdarzają się wyjątki. Okazuje się, że można poprawnie przełożyć grę na film, który da się obejrzeć od początku do końca z przyjemnością. I choć "Professor Layton and the Eternal Diva", który mam w tym momencie na myśli, trudno nazwać arcydziełem kinematografii, na pewno jest to film pod wieloma względami wyjątkowy, a nawet przełomowy. Nie tylko dlatego, że jest pierwszą w historii ekranizacją serii gier z pogranicza klasycznych przygodówek.


Miłośnik serii poczuje się jak w domu już od pierwszych scen, które rozgrywają się w Londynie. Ale to dopiero początek, bowiem już kilka chwil później Hershel Layton i jego uczeń Luke Triton przypomną sobie o pewnych wydarzeniach, które miały miejsce trzy lata wcześniej. "The Eternal Diva" to tytuł płyty śpiewaczki operowej Janice Quatlane - dawnej studentki Laytona - której list zapoczątkował jedną z pierwszych wspólnych przygód naszych bohaterów.

Tym co wyróżnia laytonowy film od większości podobnych produkcji jest przede wszystkim fakt, że przypomina on DS'ową serię gier na każdym kroku. Sposób mówienia bohaterów, relacje między nimi itp. Również trochę naciągana, ale przyjemna fabuła. Tu nie trzeba podobieństw szukać z lupą, bo tu po prostu wszystko jest dokładnie takie, jak w grach. Dzięki temu, że film współtworzyli Akihiro Hino i studio Level-5 (autorzy serii) oraz P.A. Works (twórcy tych niesamowitych cutscenek), styl oryginału udało się zachować w stu procentach. Szczęśliwie nikt nie wpadł na pomysł udoskonalania na siłę. Hershel nie zaczął więc znienacka jeździć Mercedesem, a Luke nie urósł ani o centymetr. Nie zmienili się również inni znani bohaterowie, którzy zostali uwzględnieni w filmie. Jednak szczególnie zaskoczyło i ucieszyło mnie to, że nawet wśród "statystów" (gdy w danej scenie występują tzw. przypadkowi przechodnie) dostrzec można znajome twarze (pojawia się np. gruba pasażerka pociągu z Professor Layton and Pandora's Box). Nie robią nic szczególnego. Po prostu stoją w tłumie lub przechodzą gdzieś w tle. Ale to właśnie dzięki takim drobiazgom film ogląda się z jeszcze większym zaangażowaniem.

Oprawę filmu trudno sobie wyobrazić inaczej. Ponieważ nie jestem uczulony na japońską animację, mogłem w pełni rozkoszować się każdym detalem. Odbicia postaci na mokrym chodniku pełnym śpieszących się gdzieś ludzi, wiejskie krajobrazy z łąkami, na których pasą się owce. Takie ujęcia najlepiej wyglądają w filmach animowanych tradycyjnymi technikami. Są wręcz niemożliwe do odtworzenia w sterylnym trójwymiarze. Doskonale w filmie sprawdza się też znana z gier muzyka, nieco inaczej zaaranżowana, zagrana jakby z większym rozmachem. Ale też z wyczuciem. Starych motywów nie próbowano ulepszyć, unowocześnić. Nie zmieniły się również głosy Hershela i Luke'a. W angielskiej wersji filmu swoich głosów użyczyli ci sami aktorzy, którzy od lat biorą udział w dubbingowaniu gier.


A co z zagadkami? Swoją drogą to zabawne, że pisząc o filmie mam ochotę poświęcić osobny akapit zagadkom, jak w przeciętnej recenzji przygodówki. Ale inaczej się nie da. To oczywiste, że charakterystycznych zagadko-łamigłówek, których w każdej grze z serii jest ponad sto, nie mogło zabraknąć i w filmie. W jaki sposób wkomponowano je w akcję? Naprawdę bardzo zgrabnie. Grając w grę, właśnie tak to sobie wyobrażałem. Już w pierwszej scenie mamy okazję zobaczyć na własne oczy, jak Hershel samodzielnie przemieszcza elementy pewnego mechanizmu, rozmawiając przy tym z Lukiem. Później podobnych sytuacji jest jeszcze kilka. Gdy ma się za sobą trzycyfrową liczbę zagadek rozwiązanych w grach, takie zmagania bohaterów ogląda się z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, gdy rozwiązywaniu zagadki towarzyszy podobna jak w grach melodia.

Lubię adaptacje, które nie wstydzą się swojego pochodzenia. "Professor Layton and the Eternal Diva" to film stworzony bez kompleksów. Jest doskonałym uzupełnieniem gier, nie próbuje wymyślać historii o Laytonie na nowo. Twórcy nie obawiali się, że stare pomysły mogą się nie sprawdzić lub nie spodobać widzom. Jedyna istotna wada pierwszego laytonowego filmu to, moim zdaniem, trochę zbyt intensywna akcja, zwłaszcza w scenach końcowych. Nie przeszkadzają mi sporadyczne walki i ucieczki. Drażnią mnie natomiast wszelkiego rodzaju karkołomne ewolucje i wypadki, z których główni bohaterowie wychodzą bez najmniejszego szwanku (wybuch tuż nad głową, bolesny upadek z wysokości kilkunastu/kilkudziesięciu metrów). Rozumiem, że to film animowany, ale mam nadzieję, że w kolejnych planowanych filmach takich scen nie będzie więcej. Nadmiar akcji po prostu trochę mi do Laytona nie pasuje. Wolałbym raczej nadmiar zagadek, takich jak ta z samego początku.

"Professor Layton and the Eternal Diva" jest filmem, którego nie zobaczymy w polskich kinach. Pewnie nawet nie ma sensu liczyć na polską edycję DVD i Blu-Ray, skoro żadna z laytonowych gier nie została do tej pory u nas wydana. Polskim fanom pozostaje więc sprowadzanie filmu z zagranicy (w Europie dostępny jest od października). A osoby wciąż niezdecydowane mogą w każdej chwili obejrzeć jeden z kilku zwiastunów dostępnych w sieci lub pooglądać oficjalne zdjęcia udostępnione jeszcze przed premierą.





Copyright (c) Michał Czajkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.