|
Gravity Bone (seksowny link do pliku) jest jak granie w szachy figurami wyrzeźbionymi z sernika na szachownicy zrobionej z kiszonej kapusty. To kilkanaście minut absurdu... na najwyższym poziomie. Gra ukazuje urywek z życia pewnego tajnego agenta. Nie wiemy o nim nic. Bez słowa wyjaśnienia rzuceni jesteśmy na głęboką wodę.
Naszego bohatera czekają dwie rutynowe misje, które w sumie zajmują nie więcej niż pół godziny gry. Bardzo intensywnej. W Gravity Bone cały czas coś się dzieje. Szokują niecodzienne pomysły i nagłe zwroty akcji. Jednocześnie, przy całym tym chaosie, gra sprawia wrażenie spójnej, konsekwentnej, starannie przemyślanej. I choć trudno nazwać ją klasyczną przygodówką, to równie ciężko wrzucić ją do jednej szufladki z grami akcji.
 |
Misje polegają przede wszystkim na eksploracji dostępnego terenu i wykonywaniu prostych zadań. Bohaterem poruszamy podobnie jak w grach z gatunku FPS. Nieprzypadkowo. Gravity Bone powstała na silniku... Quake'a II (sic!). Fantastyczne jest to, że autor nawet nie próbował walczyć z ograniczeniami archaicznego engine'u. Wszystkie postacie w Gravity Bone mają więc po prostu kwadratowe (lub raczej - sześcienne) głowy. W połączeniu z nieziemskimi głosami (podobne do głosów Marsjan z filmu "Marsjanie atakują") i egzotyczną muzyką (wydaje mi się, że słyszałem podobną w filmie "Brazil") daje to grę stylową, zaskakującą, ale przede wszystkim niepokojącą. Jak słuchanie piosenek Ryszarda Rynkowskiego od tyłu. Lub sałatka śledziowa w sosie czekoladowo-musztardowym. Z odrobiną cynamonu.
|